KUPU KUPU fundation

Screen shot 2014-01-23 at 15.54.31

http://www.kupukupufoundation.org/

Wyspa Seraya Kecil – Begonia, jej córka Nilu i mąż Balijczyk spędzają wakacje daleko od Bali.

Tam się poznaliśmy… Ona Hiszpanka od 13 lat mieszkająca na Bali… Do Indoenzji zaczęła przyjeżdżać 20 lat temu… zakochała się i potem szukała sposobu, żeby przenieść się tam na stałe. Pracowała wolontaryjnie w różnych placowkach, a potem szukała fundacji hiszpańskiej, która mogłaby wysłać ją tam po raz kolejny… Fundacji takiej nie było w całej Hiszpani, więc Begonia założyła ją sama – Kupu Kupu – po Indonezyjsku ozanacza „motylek”.

Kupu – Kupu Fundation zajmuje się dziećmi i ludźmi niepełnosprawnymi. Od kilku lat pojawił się też Guest House, który jest, obok dotacji dobrych ludzi, jedną z form dofinansowania Fundacji.

Polecam Wam to miejsce, nie byłam w nim, ale mój czas spędzony z Begonią i jej córką Nilu, która uczyła mnie Indonezyjskiego i ktora grała z nami w różne fajne gry, ktorych zasady tłumaczyła nam po hiszpańsku i angielsku, bo jest strasznie zdolna i otwarta i do tego wszystkiego spełniła moje marzenie o byciu mamą indonezyjskiego dziecka, byl nieoceniony i magiczny.

W mojej pamięci z przed 4ch lat, kiedy byłam tam pierwszy raz, Seraya Kecil byla wyspą sarenkową, bo przywitały mnie sarenki, kiedy dobiliśmy do brzegu – niestety tym razem już ich nie było… może zostały zjedzone :)


Seraya Kecil 4 lata temu (Empat Tahun Lalu)

Dzień po przyjeździe poznaliśmy też Ewę, hiszpankę, dla ktorej ta wyspa okazała się „una isla magica” :)
Eva od swoich przyjaciółek, jeszcze przed wyjazdem, w Hiszpani, usłyszała opowieść o miejscu, którego nazwy dziewczęta nie pamiętały, ale znajdowało się w Ubud, na Bali i prowadziła je hiszpanka o imieniu Begonia i koniecznie Eva ma się tam udać, bo genialne, tanie i z pięknym widokiem na pola ryżowe… Ewa Begoni na Bali nie znalazła, ale po 10 min rozmowy na sarenkowej wyspie okazało się, że Begonia stoi przed nią… ;)


Dagmarita / Eva / Baegonia / Nilu


Marcin i Nilu ładują się na łódkę


Marcin / Begonia i jej balijski mąż :)

Strasznie polecam Wam poznanie tej niesamowitej rodziny. Begonia jest bardzo ciepłą kobietą, ciekawą osobowością, bardzo zainteresowaną ludźmi i osobą o największym sercu, jaką znam.
Zapewniam Was, że odwiedziny w turystycznym bardzo mieście UBUD mogą być magiczne, jeżeli zdecydujecie się na nocleg w Guest House’ie KUPU – KUPU :) Ceny są przystępne, a nawet bardzo tanie, jak na UBUD, a do kasa nie idzie do kieszeni bogatych australijczyków tylko na utrzymanie ośrodka dla niepełnosprawnych :)

Raj ma swoją cenę…

Galo-Galo Island

Leżąc w tanim pokoju bez okien hotelu „Celebes” w Manado pierwszy raz spojżeliśmy na zdjęcia w naszym przewodniku, a przewodnik zdjęć miał zaledwie kilka. Zobaczyłam więc tą fotkę (na górze widzicie podobnądo tej z przewodnika) i powiedziałam, że musimy tam pojechać choćby nie wiem co!

I tak obraliśmy sobie za cel małe wysepki kolo wyspy Morotai w północnych Molukach w Indonezji.

Pancioszka powiedziała, Tomasz przytaknął i już pokrótce byliśmy na promie Manado – Ternate (to wyspa, z której zrobiono zdjęcie i widnieje ono na 1000 rupii indonezyjskich i miasto o tej samej nazwie, które właśnie przestało być stolicą regionu, co nikomu się nie spodobało i lokalesi nadal uznają Ternate za stolicę, tylko, że urzędy im przeniesiono do Sofifie na sąsiedniej wyspie).

Ternate

WIDOK taki jak na Seribu RUPIas

Następnie ładowaliśmy się na Speed Boat na wyspę obok Ternate zwaną Helmahera (największa wyspa północnych Moluków). Prawie straciliśmy bagaże w tej wyprawie, bo nie zanotowaliśmy czy są przywiązane, a te ich motorowki, ciasne, małe i podskakują na falach że hoho. Byliśmy pewni, że nie mamy już plecakow, bo przecież popłynęły na dno jak kamyczki. Oddaliśmy im bagaż i się tak wyluzowaliśmy, że zapomnieliśmy sprawdzić czy został zabezpieczony. Ufać lokalesom warto, ale należy ich sprawdzać, bo odpowiedzialność i wyobraźnie mają raczej na  minus 1000. Kosztowało nas to więc wiele stresu i pierwszy raz tak bardzo ucieszyliśmy się z ich widoku. Następnie transport lądowy autkiem zbiorowym zwanym Kijang (od Toyoty) do kolejnego przystnaku, gdzie wsiedliśmy na śmiertelnego Speed Boat’a na wyspę Morotai…

Mimio, że mieliśmy już sygnał ostrzegawczy, że te motorówy są szalone, a ludzie nimi pływający jeszcze bardziej, to w imię „nie zostajemy w tej dziurze o nazwie Tobelo chodźby nie wiem co” daliśmy się namowić na drogiego (30zl = 100.000 rupii) Speed Boat’a… (i tak zapłaciliśmy mniej niż ostatni zwerbowani lokalsi.)

Po godzine czekania, aż się wszyscy zborą, wsiedliśmy na łodkę ok 17:30 wraz z panią z maluszkiem, dziewczynką ze szpitala z welfronem w ręku, wątłą jak ta lala i jej wątłym mężem, dwoma dzaduńciami i trzema innymi panami. Plecaki do środka – uffffff ale jeseśmy extra, że teraz się nie będziemy martwić, przehytrzyliśmy ich i plecaki mamy na oku. Pan kapitan rosły Indonez z fajką w zębach, jedną od drugiej odpalaną, zasiadł za sterami, ja obok kapitana, Tomasz tuż za mną. Aparaty, fotki, uśmiechy – extra fajnie…. wypłyneliśmy z zatoki, a tu fale zaczynają się jakieś duże, wiatr wieje…. popatrzylismy na siebie… ja se myśle ok… lokalesi są spokojni luzik zawsze tak tu maja…. przeplyneliśmy poł godziny dłużej, łódką targa coraz mocnie, lokalesi są niespokojni, więc i ja się robię niespokojna, ale przecież jestem nie lada pancioszką, więc tylko pytam T. gdzie nasz oceanpack ? o tu, dobra zarządzam wrzucenie aparatow i nerek z dokumentami do naszego wodoodpornego pack’a i T. go na siebie zaklada… Woda przez male okienko się wdziera, pasażerowie w stresie, ja mokra, plecaki mokre (przypominam, że siedzimy w zamkniętym speed boat’cie z małym okienkiem… Myśle sobie ok… to, że się przewrócimy na tych falach jest nieuniknione… nie wiem kiedy to się wydarzy, ale się wydarzy, więc w międzczasie sobie plan obmyśle – „trzeba by się najpierw wydostac jak już się przewrócimy. Sprzęt i dokumenty zabezpieczone, my pływać umiemy (ja chyba lepiej niż T.) więc trzeba sie wydostać, potem tego dzieciaka ratować i tych wątłych. Faceci lokalni sobie poradzą… hmm –  jak się wchodzi na łodkę przewróconą ???!!!!! kamizelek nie ma, bo jesteśmy w Indonezji (nie mylić z Bali, tam kamizelki na pewno są)…” Patrze ma T. on się uśmiecha, a w jego głowie, jak się potem okazalo, myśli sobie tak: „ok… jak się wywalimy, bo się wywalimy na pewno, to najpierw wywale to okno, potem ogarnąć Dagmaritę, bo ona pływa, ale ja na pewno lepiej od niej pływam. Potem ten dzieciak, kurde jeszcze Ci wątli…. może Ci kolesie obok umieją pływać to się wątłymi zająm i mamą tego dzieciaka… ja biorę dzieciaka i Dagmaritę, oni muszę się innymi zając… plan obczajony”…

Ternate

NASI PRZYJACIELE, KTÓRYCH PLANOWALIŚMY RATOWAĆ

Po 2 godzinach tej rozkminki dotarliśmy do celu, ale wszyscy powiedzieli na przystani, że to nie byly warunki pogodowe na tę podróż i ona wogóle nie powinna była się odbyć… Nie muszę mowić, że przez dwa miesiące nie wsiadalam do motorowek… z tej wyspy odjechaliśmy dużym promem (mimio, że co dwa-trzy miesiące takie promy toną, ale chociaż mają na pokładzie kamizelki – to też obczailiśmy w międzyczasie – nie dla wszystkich pasażerów rzecz jasna starcza takiego ekwipunku).

Na Moroatai byliśmy jedynymi „Bule” (od nazwy w bahasa indonesia ludzi z Niderlandów, co z czasem przyjeło się jako „białas”) od dwóch tygodni. Wcześniej byli dwaj Niemcy, co to rozkochali w sobie rodzinę niejakiego chłopca z informacji turystycznej, którego za naszej wizyty bolał brzuch na wciąż i twierdził, że nie możemy jeść „Bakso” (pyszna zupa rosolkowa z kulkami mięsnymi), bo to chyba dla biedoty, a my przecież właśnie biedota, bo staramy się, żeby wszystkiego na jak najdłużej starczyło, bo przecież bieltu do domu nie mamy i nie chcemy wracać póki śniegi się nie roztopią (co nam się udało, mimio że zima tego roku odejść nie chciała).

Morotai Island MOROTAI

Po negocjacjach kasowych udało nam się dogadać i zapoznać z rodziną Man’a (przystojny indonezyjczyk + żonka + noworodek o imieniu Bardan i jedna z córek – Isa + paru kuzynow) to oni przewieźli nas na wyspę Galo – Galo Kecli, po drodze pokazując nam dokładnie miejsce z fotografii z przewodnika, od którego wszystko się zaczęło. Miejscem tym okazała się być mierzeja między wysepkami Dodola Kecil i Dodola Besar, która łączy je, tworząc w godzinach odpływu, przejście.

Galo – Galo Kecil (czyli „mała”, bo jest też duża, na którą Man zabrał nas by pokazać grób taty, przedstawić rodzicom i by młode matki porobiły sobie zdjęcia, jak trzymam ich dzieci na rękach), jest niezamieszkała. Rząd ustawił dwa bungalowy i Man z rodzinką opiekuje się nimi przyjmując gości – jak się okazało byliśmy trzecimi mieszkańcami domków, świetnie wyposażonych w ratanowe meble, komary i bedbugs’y…

Pisasek, jest na Galo -Galo jak pyłek drobny i chodzi się, jak po śniegu… nadziwić się nie mogliśmy, że tam dotarliśmy, i że to tylko dla nas.

Galo-Galo Island

MAN I JEGO CÓRKA ISA

Pływaliśmy więc na klapku (moim prezencie od świętego Mikołaja), obeszliśmy wyspę milion razy, znaleźliśmy największe muszle ever, łowiliśmy z Man’em ryby i potem je przyżądzaliśmy i jedliśmy najbardziej kolorowe piękne okazy oraz drogie snapery i nauczyliśmy się wielu słów po Indonezyjsku.

Galo-galo island on Maluku ;)

WODY DOOKOŁA WYSPY GALO- GALO KECIL

Okazało się, że nasi gospodarze nie mówią po angielsku ani słowa, ale mają nieodpartą chęć gawędzić z nami wieczorami. Uzbrojeni więc w słownik w telefonie, plus taki papierowy, rozszyfrowywaliśmy, o co nam na wzajem chodzi i pod koniec wyjazdu umieliśmy się nieźle porozumieć… strasznie dużo satysfakcji mieliśmy zwłaszcza, że czasem próbowaliśmy o polityce nawet mówić, ale nie oszukujmy się nic z tego nie wyszło…. Ja za to władam świetnie słowkami określającymi kolory, dni tygodnia, jedzenie i liczby… co przy targowaniu w dalszej podróży okazalo się genialną umiejętnością. Poza tym polubiliśmy sie z tą rodziną do tego stopnia, że wydrukowali sobie nasze wspólne zdjęcie i obiecali, że zawiśniemy u nich w domu :) Ktoś teraz musi tam pojechać to sprawdzić, więc chętnie kogoś tam wyślemy, jeżeli macie ochotę pochodzić po piasko-śniegu :)

Galo-Galo Island

GALO – GALO RELAX

Raj ma swoją cenę… mimio repelantu z Dit 100, zostaliśmy pogryzieni tak bardzo, że cale plecy mieliśmy w krpokach… zgoniliśmy to na sandfly’ie, ale gdzie sie nie przenieśliśmy to moje nogi były ciągle w nowych kropeczkach… Jak już przejechaliśmy resztę Indonezji, Filipiny, a w Malezji ja nadal mialam codziennie nowe ugryzienia, to wzieliśmy się za szukanie z naszym przyjacielem „Google”… co to kurde jest za gryzoń. No i wyczytaliśmy, że w tych ratanach to żyły sobie spragnione naszej krwi Łóżkowe Robaczki… co to śpią w dzień i wychodzą w nocy, żeby Cię zjeść… a do tego pakują się w plecak i podróżują z Tobą… nasze podróżowały jakieś dwa miesiące, kiedy to postanowiliśmy za radą od wujka „Google” ugotować je raz na zawsze… bo fajnie fajnie, ale jak kiedyś wrócimy do domu i jak sobie przywieziemy takie robaczki to nie pozbędziemy się ich już nigdy z naszego życia… Okazja się ku temu znalazła, bo nasz domek na wyspie Tioman w Malezji miał dach z blachy i cały dzień nagrzewał się jak piekarnik. Usuneliśmy wszystko z plecaków, wytrzęśliśmy, przewertowaliśmy każdą książkę, koszulkę, sukieneczkę, a pusty plecak jeszcze wystawiiśmy na słońce na godzin 7 ! Sami ruszyliśmy po Rum , bo ta wyspa była bezcłówką, więc nasze robaczki spłonęły żywcem. Rzeczywiście nigdy więcej ich nie widzieliśmy, ani nie byliśmy już pogryzieni. Widzieliśmy za to ludzi, którzy w Kambodży wmawiali sobie na wazjem, że są pogryzieni przez komary, albo meszki… ale to byly Bed Bugs.

Zatem żeby w raju pobyć trzeba się poświęcić. Zjechać ze szlaku, pogadać z ludzmi, którzy Cię nie rozumieją, prawie zaliczyć wypadek na łódce (nie liczcie że szybko by nas ktoś uratował. W Indonezji nie ma radia na pokładzie i radzisz sobie sam… jeszcze ratując tych loaklesów, co to przecież pływać nie potrafią), zjadają Cię jakieś robale, wszystko jest dorższe, bo jesteś biały (aczkolwiek trzeba zrozumieć, jednocześnie walcząc o swoje), na promie jest się odmieńcem… Ale ile radości z faktu, że jak już wszystkie przewodniki i portale napiszą, że odkryli to miejsce, to my bedziemy wiedzieć, że byliśmy tam dużo wcześniej i jak wrócimy za 10 lat to będziemy widzieć wszystkie zmiany „na lepsze” i „gorsze”

Galo-Galo Island

KUMPEL MAN’A Z ŻONKĄ

 

Tagged , , , , , , , , ,

Dua puluh enam hari lagi… Saya Tidak Sabar

Satu
Dua
Tiga
Empat
Lima
Enam
Tujuh
Delapan
Sembilan
Sepuluh
Sebeles
Duabelas
Tigabelas
Empatbelas
Limabelas
Enamblelas
Tujuhbelas
Delapanbelas
Sembilanbelas
Duapuluh
Duapuluh Satu
Duapuluh Dua
Duapuluh Tiga
Duapuluh Empat
Duapuluh Lima
Duapuluh Enam……. =======>> Indonesia negara pulau-pulau

Gili Trawangan - zaczynam wygladac na trzydziestke :)

Satu… Dua… Tiga… EKI guru saya ;)

image-2

Wczoraj zaczełam kurs Bahasa Indonesia :))))))

Nadal nie mogę w to uwierzyć, bo dopisali mnie do zamkniętej grupy, po szeregu błagalnych maili i od razu tego samego dnia poszłam na pierwsze zajęcia. Jestem zatem uczennicą Ambasady, ktora jest parę ulic od mojego domu.
Wczoraj były to dla mnie pierwsze zajęcia, ale dla grupy drugie, więc trochę miałam stresa, że się nie połapię, ale okazało się, że całkiem dużo pamiętam z ostatniej podróży. Liczby i parę zwrotów grzecznościowych nadal nie stanowią dla mnie problemów :)

Mój nauczyciel nazywa się EKI i prowadzi zajęcia w batikowej koszuli. Jest uroczym panem Indonezyjczykiem :)

Jestem tak przejęta tym, że się udało, a jeszcze perspektywa, że w grudniu będe w Indonezji po raz kolejny sprawia, że jestem w takiej ekscytacji, że HEY :)

JALAN LUPA = NIE ZAPOMNIJ :)

image-7

Tagged , , , ,

Pulau Pangempang

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Sulawesi Tengah czyli Sulawesi Centralne, a tak naprawde Togian Islands :)
Wszyscy znają to miejsce jako Tomken Island, a resort tam przyjmujący gości to Fadhila Resosrt.

Togeans

Ten Pan w okularach to właściciel/menager miejsca… jest cudownym gościem, który mial kilka lat temu szczęście pozanć dwóch Duńczykow Kennetha i Toma, ktorzy stali się cichymi właścicielami tej wyspy.
Przyjeżdżali tak często w rejony Katupat, w czasach kiedy tylko najwytrwalsi podróżnicy docierali na Togeany, że zaprzyjaźnili się z rodzinami w Katupat, a przede wszystkim z rodziną Jaffy (chyba tak miał na imię, ja go tak w każdym razie myślach nazywam).

Togeans

Nie znam historii Toma (aczkolwiek był chwile z nami na wyspie), ale Kenneth spędził z nami całe 5 dni i sporo fajnych ciekawostek nam opowiedział.

Otóż Panowie zakochali się w Togeanach i postanowili kupić zadżungloną wyspę na przeciwko Katupat… A wlaściwie nie mogli jej kupić, bo byli obcokrajowcami, dlatego kupili ją Jaffie i jego rodzinie, a sami stali się stalymi bywalcami wyspy.

Początki byly trudne i żmudne, ponieważ cala wyspa pokryta była dżunglą, a dookola były namorzyny…

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Wycinanie i karczowanie trwało wiele czasu, ale w końcu powstał Fadhila resosrt.
Pare domków na zielonej trawce, a tuż obok biały pisek i bezkresny ocean.

Pożegnanie z Togeanami

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Tom i Kenneth przyjeżdżają na zimę, kiedy nie ma sezonu na tak długo, jak tylko chcą. Stali się dobrymi orędownikami, trochę sponsorami, a przede wszystkim wychowawcami dla wszystkich pracujących w resorcie ludzi.

Dbają o to, żeby resort rozwijał się, a personel edukował oraz żeby do wyspy docierały różne fajne nowinki. Sam Kenneth nauczyl się indonezyjskiego. W każdy wieczór gra z chłopakami, po ich pracy w różne karciane gry i wciąga do tego gości. Jest super atmosfera. A przy tym wszystkim nigdy nie wtrąca się do samego prowadzenia resostu. Szefem jest Jaffa i on ustanawia zasady i warunki. Nigdy nie podważa jego zdania.

Togeans

Nie mam żadnego zdjęcia Kennetha, ale musicie sobie wyobrazić bogatego Duńczyka, z dystansem do życia, troche frywolnego, ktory nie przebiera w słowach i żartach. Nie pobłaża i nie mówi komplementów gościom.
Po prostu czuje się na wyspie jak u siebie w domu, ale nikomu się nie narzuca.

California Reef; Togeany

Ja trafilam tam, jak zwykle, przez dobry zbieg okoliczności. Prom nie przypłynął i akurat łódka z Jaffa i Elim (naszym kumplem z poprzedniej wyspy, loklsem, ktory się urodził na wyspach i ma swoją łódkę) ładowała się i przygotowywała do odpłynięcia z Wakai (wioski, ktora jest skrzyżowaniem wszystkich dróg morskich na Togeanach). Pogadaliśmy i zabrali nas ze sobą.

Eli i jego łódka
Togeans

Układ był prosty… jak zostaniemy na Tomken to nie płacimy za tę przejażdżkę, jak popłyniemy dalej to płacimy… i tak los zadecydował za nas… I bardzo dobrze zadecydował :)

Spędziłam tam 5 cudownych dni. Pyszne jedzenie przy jednym stole ze wszystkimi gośćmi. Poznaliśmy wyjątkowe osoby, które miały tyle fajnych rzeczy do opowiedzenia.

Pożegnanie z Togeanami

Słowenka Rani z synem Noa
Pożegnanie z Togeanami

Odbyliśmy najlepszą wycieczkę snorkową na rafę zwaną „Hotel California”

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Odwiedziliśmy zarowno wioskę Katupat

Togeans

Togeans

Togeans

Togeans

Jak i pobliską wysepkę Bolilanga Island, na ktorej też znajduje się, podobny do Fadhila, resort.
Zaliczyliśmy tam piękny zachod słońca

Togeans

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Już nie mowie o tym, że nie ma tam ciągłego dostępu do prądu (tylko kilka godzin wieczorami) ale najważniejsze, że nie ma dostępu do Internetu, ani do zasęgu telefonicznego, co oznacza, że można się całkowicie odłączyć od rzeczywistości.

Wyspa wcale mała nie jest. Mieliśmy ochotę wybrać się na trekking, bo nas lokalesi zachęcali i zobaczyć drugą stronę i plaże po niezamieszkałej stronie… ale po 50 metrach przeleciał nam przed nogami wielki jaszczur, a potem nie mogliśmy znaleść żadnej ścieżki, bo zarasta strasznie szybko, a trafiku wcale nie ma za bardzo, więc zawróciliśmy i plan nie został zrealizowany… Jest zatem najważniejszy powód do powrotu :)

Żeby nie było nudno oddaliśmy się gapieniu na lion fishe, ktore podpływały pod pomost, żeby atakować kraby

Togeans

Noa (mały Sloweniec) zawsze siedział z nami na pomoście i łowił kalmary i ośmiornice, a potem jedliśmy je na kolację

Togeans

Smutno było się rozstawać z Tomken Island, a jeszcze gorzej wogóle z Togeanami… Były uściski i pożegnania…

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

JEDNO JEST PEWNE !!!! TRZEBA TAM WROCIĆ

Tagged , , , , , , , , , , , ,

!!! MAM BILET !!!

Dagmarita jedzie do Kuala 1.012 a potem fruuuu do Indonezji :) na razie bilet powrotny ma na styczeń, bo tylko tyle czasu ma jej kompan, ale ale ale nie wykluczone, e tam zostanie :) zależy od pracy, humorów i muchomorów :)

Manila

<3 TRWAJ CHWILO, JESTEŚ PIĘKNA <3

Już pisałam o Galo-Galo Island… ale przerabiam masę zdjęć z wyjazdu, która jeszcze została, a z którą chce się uporać jak najszybciej, żeby oczyścić pamięć i mózg… i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo ważny i szczęsliwy był mój pobyt tam.

Po pierwsze tak trudno było się tam dostać – zero opisów w przewodniku – wszystko dzięki zdobytym telefonom do lokalesów, którzy pomogli nam pozyskać kolejne kontakty, aż w końcu doprowadzili nas do Mana i jego rodziny, która zabrała nas i opiekowała się nami na tym małym skrawku lądu.

Galo - Galo kecil

Po drugie ten straszny speedboat, który byłam pewna, że się przewroci na wysokiej fali… już o tym pisałam, więc nie powtarzam się, ale emocje mimo, że upłynęło tyle czasu, wciąż nie dają mi spokoju. A zapowiadało się tak miło, jak weszliśmy na pokład – są nawet zdjęcia :)

W drodze na Morotai

Ternate

Najbardziej istotną sprawą, która teraz wydaje mi się z perspektywy czasu i wydarzeń, ktore nastąpiły, najważniejszą, jest fakt, że nie było tam zasięgu ani telefonicznego, ani internetowego…. tzn… ja nie miałam, ale moja druga połowa, miała kartę indonezyjską, żeby czasem coś sprawdzić w necie… ten internet… taki dla niego ważny…

Galo - Galo Kecil

Na każdej wyspie, w każdej knajpie jest teraz internet… nawet w Kambodży i Indonezji… zamiast rozmawiać o przeżyciach, przygodach, doświadczeniach z podróży, każdy szuka czegoś, co jest akurat godzie indziej.. rozmawia z kimś, kogo nie ma na miejscu…

Uwielbiam wyspy, na których nie ma zasięgu. Takie były Togeany i taka była Galo – Galo Kecil. Całkowite skupienie na sobie, książce, na przyrodzie, na zabawie, spacerach… wygrzebywanie muszelek i wielkich zdobyczy… obchodzenie wyspy dwa/trzy razy dziennie w poszukiwaniu przygód i najlepsza zabawa w snorkowanie i pluskanie się w wodzie.

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo Kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Bardzo doceniam tamten czas. Niezmarnowany na myślenie o kimś innym i o czymś innym, czas bez informacji z zewnątrz… czas, w którym moi przyjaciele żeby wiedzieć, co u mnie słychać musieli odpowiedzieć sobie używając wyobraźni.
Patrząc na gwiazdy zastanawiałam się co robi moja mama i gdzie teraz jest moja przyjaciółka jedna i druga. To było jak cofnięcie się do przeszłości.

Galo - Galo kecil

Dodola

Jedynymi ludźmi, do ktorych się odzywaliśmy był Man i jego rodzina… nikt nie mowił po angielsku… nawzajem uczyliśmy się komunikowania… dużo się wtedy słówek po indonezyjsku nauczyliśmy… ja się doszkoliłam w liczbach, kolorach, nazwach jedzenia… razem wyławialiśmy ryby z fermy koło wyspy, do ktorej brat Mana codziennie dorzucał nowe okazy…

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Poznawaliśmy przyjaciół z wyspy obok – Galo – Galo Besar i wspólnie zrywaliśmy kokosy.

Galo-Galo Island

Galo - Galo kecil

Barak łączności ze światem mnie uszczęśliwia… zastanawiam się po co ciągle chcemy łączyć się z innymi, jak mamy szczęście pod ręką… ciągle nam nie wystarcza, ciągle chcemy czegoś więcej… kogoś więcej… ciągle brakuje nam wrażeń, boimy się oddać na chwile temu, co mamy…

Galo-Galo Island

Tagged , , , , , , , ,

! ŻYRAFY JEDZĄ MARCHEW za 100 Batów !

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Odkrycie tego miejsca dało mi wiele radości. Wszysct jeżdżą do Tiger Temple, żeby zobaczyć naćpane tygryski, dlatego pojechaliśmy tam, gdzie nikt nie jeździ, a zwierzątka biegają sobie luźno i są ciekawe przybyłych gości.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Dwa lata temu nawet nie dało się znaleśc w LP wzmianki o tym miejscu i wycieczki organizowane też były nie do odnalezienia. W tym roku łatwiej było znaleść wzmianki o Safari, a mimo wszystko autobus był tylko nasz.
Generalnie jak wszędzie w Azji cena wstępu jest inna dla białasów i inna dla lokalesów, co mogę zrozumieć, bo każdy tajski maluch powinien mieć szansę nakarmić żyrafę marchewką.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Jest też w cenie biletu pokaz słoni (straszny i cyrkowy) oraz pokaz krokodyli – widzialam go w odleglości dwoch lat i nic a nic się nie zmieniło… ten sam pan w długich włosach wkłada głowę krokodylowi do paszczy i tak samo ciągnie go za ogon… ale są emocję. Zwłaszcza jak trafi się na Izraelską wycieczkę, ktora chętnie bierze udział w zabawie „stanąć na krokodylu”; „włożyć rękę do paszczy gada” czy „przejechanie się na zwierzaku” – wszystko za 100 Batów.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Nauczona doświadczeniem z ostatniej wizyty – chętnie kupiliśmy jak zwykle za 100 Batów miskę z marchewkami dla Żyrafek…. Generalnie za pierwszym razem trzymałam na rękach także za 100 Batów małe lamparciątko, ale po dwóch latach podrosło i tylko zmęczony życiem tygrysek leżał przy wejściu i chętnie pozował za 100 Batów.
Autobus jest bardzo tajski i stary, okna się ledwo otwierają, ale klimat bardzo Azjatycki.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi
Muszę powiedzieć, że tym bardziej byłam podekscytowana ostatnim razem, bo pojechaliśmy wynajętym skuterem specjalnie w dniu moich imienin… do tego w autobusie byliśmy sami, więc było tak, jak byśmy wynajeli sobie żyrafki tylko dla nas :)

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

A Żyrafki wiedzą, co jest grane i jak widzą autobusik to pędzą jak szalone w naszym kierunku i już wkładają głowy i trzeba bronić marchewek za 100 Batów. Jedna szalona żyrafa chciała mi rozwiązać stanik, bo był zielony… Wszystko, co zielone i pomarańczowe jest chodliwym towarem dla Żyrafek :) zostalam sowicie obśliniona… Czulam się jak dziecko, śmiałam się jak dziecko !!! nie wyobrażam sobie, żeby zamienić to miejsce na smutne Toger Temple, gdzie placi się za wjazd 1000 Batów (tu 400 B) a za zdjęcie z naćpanym Tygrysem płaci sie kolejne 1000 B (tu 100 B – tygrys być może też naćpany, bo jak inaczej).

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Zachęcam do eskapady wszystkich milusińskich kochających zwierzątka ;) A Żyrafy mają takieeee długieee rzęski, że hey !!!

Kanchanaburi

Tagged , , , , , , , , , ,

„Is DeaD”

Dziewczyńskie Grzybobranie

Zaczęło się od filmu „Zet i dwa zera” Petera Greeneway z 1985 roku. Obejżałam go za małolata i do dziś dzień jest moim ulubionym… I nadal się wkurzam, że to ciało się nie rozłożyło…

Stad wziął się mój nowy projekt zatytułowany „Is DeaD”. Moja przyjaciółka podczas pobytu w Rumuni zdała mi sprawę z tego, że, jak tylko widze zdjechłe zwierzątko (pod warunkiem, że to nie moje ukochane), to dostaje spazmów z ekscytacji i natychmiast muszę zrobić zdjęcie, najlepiej makro i najlepiej żeby była krew… Zaczęłam więc przeglądać zdjęcia z podróży i powoli robi się cały album…

Czerwiec 2013 w Rumuni

Jestem podglądaczem. Chce wiedzieć jak robale obchodzą się z ciałem po śmierci… uwielbiam rozlaną krew, aczkolwiek ja jej nie rozlewam :) Rumunia okazała się niezłym miejscem do robienia fotek, ponieważ mają tam problem Psowy… jest ich mnóstwo (prawie zabrałyśmy trzy szczeniaki, a potem naszego wiernego druha „Kożucha”, który przeszedł z nami 25km wzdłuż torów na Bukowinie). Dopiero zabierają się do roboty i zaczynają te psiaki sterylizować i naznaczać je wielkimi kapslami, które przyczepiją do ucha…

Spokojnie jak marzycie o fajnym przyjacielu z czterema łapkami można wybrać się na pojeżdżenie autkiem po Rumuni i wybrać sobie co tylko Wam się zamarzy…

Z tą nadprodukcją psów wiąże się też fakt, że z głodu przesiadują przy parkingach i ławkach dla kierowców, co powoduje, że czasem hasają po jezdni… w ciągu jednego dnia byłyśmy świadkami zabicia 2ch psów.. trzeci wszedł między auta, ale udało mu się wyjść z opresji cało… Pierwszym wypadek, który widziałyśmy – po biegającym, spłoszonym psie przejechała ciężarówka… machał tylko potem łapką… a właściwei to jego nerwy, bo niemożliwe żeby przeżył najazd ciężkiej, załadowanej ciężarówy… Wtedy nie miałam jaj, żeby zatrzymać się i zrobić zdjęcia… dlatego w projekcie będą tylko „odleżane” trupy.

Drugi potrącony psiak był duży i czarny… ale zatrzymali się sprawcy, żeby wziąć los w swoje ręce… strasznie piszczały inne psy… kumpla straciły…

Toraja

To, co widziałam w Rumuni to i tak mniejszy hard core niż Tomohon na Sulawesi w Indonezji… każdy nas ostrzegał i słusznie. To, że leżą tam obrane już ze skóry i opalone szczury, węże, ptaki to nic… psy są chyba najgorsze do przełknięcia, bo tuż obok stołu, gdzie je zabijają siedzą w klatkach wychudzone, zmizerniałe pieski zachlapane krwia, które dobrze wiedzą, co się obok dzieje z ich ziomami… strasznie smutne te psiaki.

Tomohon Market

No, ale mimo, że ciężkie te tematy, dyskusją nie ma końca, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła, to nadal jesteśmy ciekawi… jak to się dzieje i co się dzieje jak nikt ciała nie zabalsamuje i nie opali… jakie robale bedą nas zjadać… Ja się powstrzymać nie mogę od tej ciekawości ;)

Is DeaD

A oto moje najnowsze znaleziska :)

Najlepsza zdobycz!!!

Sin título

Is DeaD  By Sasorek for Dagmarita