Tag Archives: moluku

Raj ma swoją cenę…

Galo-Galo Island

Leżąc w tanim pokoju bez okien hotelu „Celebes” w Manado pierwszy raz spojżeliśmy na zdjęcia w naszym przewodniku, a przewodnik zdjęć miał zaledwie kilka. Zobaczyłam więc tą fotkę (na górze widzicie podobnądo tej z przewodnika) i powiedziałam, że musimy tam pojechać choćby nie wiem co!

I tak obraliśmy sobie za cel małe wysepki kolo wyspy Morotai w północnych Molukach w Indonezji.

Pancioszka powiedziała, Tomasz przytaknął i już pokrótce byliśmy na promie Manado – Ternate (to wyspa, z której zrobiono zdjęcie i widnieje ono na 1000 rupii indonezyjskich i miasto o tej samej nazwie, które właśnie przestało być stolicą regionu, co nikomu się nie spodobało i lokalesi nadal uznają Ternate za stolicę, tylko, że urzędy im przeniesiono do Sofifie na sąsiedniej wyspie).

Ternate

WIDOK taki jak na Seribu RUPIas

Następnie ładowaliśmy się na Speed Boat na wyspę obok Ternate zwaną Helmahera (największa wyspa północnych Moluków). Prawie straciliśmy bagaże w tej wyprawie, bo nie zanotowaliśmy czy są przywiązane, a te ich motorowki, ciasne, małe i podskakują na falach że hoho. Byliśmy pewni, że nie mamy już plecakow, bo przecież popłynęły na dno jak kamyczki. Oddaliśmy im bagaż i się tak wyluzowaliśmy, że zapomnieliśmy sprawdzić czy został zabezpieczony. Ufać lokalesom warto, ale należy ich sprawdzać, bo odpowiedzialność i wyobraźnie mają raczej na  minus 1000. Kosztowało nas to więc wiele stresu i pierwszy raz tak bardzo ucieszyliśmy się z ich widoku. Następnie transport lądowy autkiem zbiorowym zwanym Kijang (od Toyoty) do kolejnego przystnaku, gdzie wsiedliśmy na śmiertelnego Speed Boat’a na wyspę Morotai…

Mimio, że mieliśmy już sygnał ostrzegawczy, że te motorówy są szalone, a ludzie nimi pływający jeszcze bardziej, to w imię „nie zostajemy w tej dziurze o nazwie Tobelo chodźby nie wiem co” daliśmy się namowić na drogiego (30zl = 100.000 rupii) Speed Boat’a… (i tak zapłaciliśmy mniej niż ostatni zwerbowani lokalsi.)

Po godzine czekania, aż się wszyscy zborą, wsiedliśmy na łodkę ok 17:30 wraz z panią z maluszkiem, dziewczynką ze szpitala z welfronem w ręku, wątłą jak ta lala i jej wątłym mężem, dwoma dzaduńciami i trzema innymi panami. Plecaki do środka – uffffff ale jeseśmy extra, że teraz się nie będziemy martwić, przehytrzyliśmy ich i plecaki mamy na oku. Pan kapitan rosły Indonez z fajką w zębach, jedną od drugiej odpalaną, zasiadł za sterami, ja obok kapitana, Tomasz tuż za mną. Aparaty, fotki, uśmiechy – extra fajnie…. wypłyneliśmy z zatoki, a tu fale zaczynają się jakieś duże, wiatr wieje…. popatrzylismy na siebie… ja se myśle ok… lokalesi są spokojni luzik zawsze tak tu maja…. przeplyneliśmy poł godziny dłużej, łódką targa coraz mocnie, lokalesi są niespokojni, więc i ja się robię niespokojna, ale przecież jestem nie lada pancioszką, więc tylko pytam T. gdzie nasz oceanpack ? o tu, dobra zarządzam wrzucenie aparatow i nerek z dokumentami do naszego wodoodpornego pack’a i T. go na siebie zaklada… Woda przez male okienko się wdziera, pasażerowie w stresie, ja mokra, plecaki mokre (przypominam, że siedzimy w zamkniętym speed boat’cie z małym okienkiem… Myśle sobie ok… to, że się przewrócimy na tych falach jest nieuniknione… nie wiem kiedy to się wydarzy, ale się wydarzy, więc w międzczasie sobie plan obmyśle – „trzeba by się najpierw wydostac jak już się przewrócimy. Sprzęt i dokumenty zabezpieczone, my pływać umiemy (ja chyba lepiej niż T.) więc trzeba sie wydostać, potem tego dzieciaka ratować i tych wątłych. Faceci lokalni sobie poradzą… hmm –  jak się wchodzi na łodkę przewróconą ???!!!!! kamizelek nie ma, bo jesteśmy w Indonezji (nie mylić z Bali, tam kamizelki na pewno są)…” Patrze ma T. on się uśmiecha, a w jego głowie, jak się potem okazalo, myśli sobie tak: „ok… jak się wywalimy, bo się wywalimy na pewno, to najpierw wywale to okno, potem ogarnąć Dagmaritę, bo ona pływa, ale ja na pewno lepiej od niej pływam. Potem ten dzieciak, kurde jeszcze Ci wątli…. może Ci kolesie obok umieją pływać to się wątłymi zająm i mamą tego dzieciaka… ja biorę dzieciaka i Dagmaritę, oni muszę się innymi zając… plan obczajony”…

Ternate

NASI PRZYJACIELE, KTÓRYCH PLANOWALIŚMY RATOWAĆ

Po 2 godzinach tej rozkminki dotarliśmy do celu, ale wszyscy powiedzieli na przystani, że to nie byly warunki pogodowe na tę podróż i ona wogóle nie powinna była się odbyć… Nie muszę mowić, że przez dwa miesiące nie wsiadalam do motorowek… z tej wyspy odjechaliśmy dużym promem (mimio, że co dwa-trzy miesiące takie promy toną, ale chociaż mają na pokładzie kamizelki – to też obczailiśmy w międzyczasie – nie dla wszystkich pasażerów rzecz jasna starcza takiego ekwipunku).

Na Moroatai byliśmy jedynymi „Bule” (od nazwy w bahasa indonesia ludzi z Niderlandów, co z czasem przyjeło się jako „białas”) od dwóch tygodni. Wcześniej byli dwaj Niemcy, co to rozkochali w sobie rodzinę niejakiego chłopca z informacji turystycznej, którego za naszej wizyty bolał brzuch na wciąż i twierdził, że nie możemy jeść „Bakso” (pyszna zupa rosolkowa z kulkami mięsnymi), bo to chyba dla biedoty, a my przecież właśnie biedota, bo staramy się, żeby wszystkiego na jak najdłużej starczyło, bo przecież bieltu do domu nie mamy i nie chcemy wracać póki śniegi się nie roztopią (co nam się udało, mimio że zima tego roku odejść nie chciała).

Morotai Island MOROTAI

Po negocjacjach kasowych udało nam się dogadać i zapoznać z rodziną Man’a (przystojny indonezyjczyk + żonka + noworodek o imieniu Bardan i jedna z córek – Isa + paru kuzynow) to oni przewieźli nas na wyspę Galo – Galo Kecli, po drodze pokazując nam dokładnie miejsce z fotografii z przewodnika, od którego wszystko się zaczęło. Miejscem tym okazała się być mierzeja między wysepkami Dodola Kecil i Dodola Besar, która łączy je, tworząc w godzinach odpływu, przejście.

Galo – Galo Kecil (czyli „mała”, bo jest też duża, na którą Man zabrał nas by pokazać grób taty, przedstawić rodzicom i by młode matki porobiły sobie zdjęcia, jak trzymam ich dzieci na rękach), jest niezamieszkała. Rząd ustawił dwa bungalowy i Man z rodzinką opiekuje się nimi przyjmując gości – jak się okazało byliśmy trzecimi mieszkańcami domków, świetnie wyposażonych w ratanowe meble, komary i bedbugs’y…

Pisasek, jest na Galo -Galo jak pyłek drobny i chodzi się, jak po śniegu… nadziwić się nie mogliśmy, że tam dotarliśmy, i że to tylko dla nas.

Galo-Galo Island

MAN I JEGO CÓRKA ISA

Pływaliśmy więc na klapku (moim prezencie od świętego Mikołaja), obeszliśmy wyspę milion razy, znaleźliśmy największe muszle ever, łowiliśmy z Man’em ryby i potem je przyżądzaliśmy i jedliśmy najbardziej kolorowe piękne okazy oraz drogie snapery i nauczyliśmy się wielu słów po Indonezyjsku.

Galo-galo island on Maluku ;)

WODY DOOKOŁA WYSPY GALO- GALO KECIL

Okazało się, że nasi gospodarze nie mówią po angielsku ani słowa, ale mają nieodpartą chęć gawędzić z nami wieczorami. Uzbrojeni więc w słownik w telefonie, plus taki papierowy, rozszyfrowywaliśmy, o co nam na wzajem chodzi i pod koniec wyjazdu umieliśmy się nieźle porozumieć… strasznie dużo satysfakcji mieliśmy zwłaszcza, że czasem próbowaliśmy o polityce nawet mówić, ale nie oszukujmy się nic z tego nie wyszło…. Ja za to władam świetnie słowkami określającymi kolory, dni tygodnia, jedzenie i liczby… co przy targowaniu w dalszej podróży okazalo się genialną umiejętnością. Poza tym polubiliśmy sie z tą rodziną do tego stopnia, że wydrukowali sobie nasze wspólne zdjęcie i obiecali, że zawiśniemy u nich w domu :) Ktoś teraz musi tam pojechać to sprawdzić, więc chętnie kogoś tam wyślemy, jeżeli macie ochotę pochodzić po piasko-śniegu :)

Galo-Galo Island

GALO – GALO RELAX

Raj ma swoją cenę… mimio repelantu z Dit 100, zostaliśmy pogryzieni tak bardzo, że cale plecy mieliśmy w krpokach… zgoniliśmy to na sandfly’ie, ale gdzie sie nie przenieśliśmy to moje nogi były ciągle w nowych kropeczkach… Jak już przejechaliśmy resztę Indonezji, Filipiny, a w Malezji ja nadal mialam codziennie nowe ugryzienia, to wzieliśmy się za szukanie z naszym przyjacielem „Google”… co to kurde jest za gryzoń. No i wyczytaliśmy, że w tych ratanach to żyły sobie spragnione naszej krwi Łóżkowe Robaczki… co to śpią w dzień i wychodzą w nocy, żeby Cię zjeść… a do tego pakują się w plecak i podróżują z Tobą… nasze podróżowały jakieś dwa miesiące, kiedy to postanowiliśmy za radą od wujka „Google” ugotować je raz na zawsze… bo fajnie fajnie, ale jak kiedyś wrócimy do domu i jak sobie przywieziemy takie robaczki to nie pozbędziemy się ich już nigdy z naszego życia… Okazja się ku temu znalazła, bo nasz domek na wyspie Tioman w Malezji miał dach z blachy i cały dzień nagrzewał się jak piekarnik. Usuneliśmy wszystko z plecaków, wytrzęśliśmy, przewertowaliśmy każdą książkę, koszulkę, sukieneczkę, a pusty plecak jeszcze wystawiiśmy na słońce na godzin 7 ! Sami ruszyliśmy po Rum , bo ta wyspa była bezcłówką, więc nasze robaczki spłonęły żywcem. Rzeczywiście nigdy więcej ich nie widzieliśmy, ani nie byliśmy już pogryzieni. Widzieliśmy za to ludzi, którzy w Kambodży wmawiali sobie na wazjem, że są pogryzieni przez komary, albo meszki… ale to byly Bed Bugs.

Zatem żeby w raju pobyć trzeba się poświęcić. Zjechać ze szlaku, pogadać z ludzmi, którzy Cię nie rozumieją, prawie zaliczyć wypadek na łódce (nie liczcie że szybko by nas ktoś uratował. W Indonezji nie ma radia na pokładzie i radzisz sobie sam… jeszcze ratując tych loaklesów, co to przecież pływać nie potrafią), zjadają Cię jakieś robale, wszystko jest dorższe, bo jesteś biały (aczkolwiek trzeba zrozumieć, jednocześnie walcząc o swoje), na promie jest się odmieńcem… Ale ile radości z faktu, że jak już wszystkie przewodniki i portale napiszą, że odkryli to miejsce, to my bedziemy wiedzieć, że byliśmy tam dużo wcześniej i jak wrócimy za 10 lat to będziemy widzieć wszystkie zmiany „na lepsze” i „gorsze”

Galo-Galo Island

KUMPEL MAN’A Z ŻONKĄ

 

Tagged , , , , , , , , ,