Tag Archives: azja

GILI GEDE, LOMBOK i inne przygody podczas tygodniowych wakacji po egzaminach półsemestralnych

GILI GEDE

Od początku wiedziałam, że mój samotny wyjazd na skuterze na Lombok musi skończyć się na Gili Gede. Wypatrzyłam sobie tą wysepkę jakiś czas temu. To alternatywa dla wysepek Gili, na które podążają wszyscy odwiedzający Bali.

Ale zanim tam dotarłam, pojechałam sprawdzić czy Kuta Lombok zmieniła się przez 5 lat, odkąd byłam tam ostatni raz… oraz opatrzyć rany obdrapanej Magdalence, która poślizgnęła się na piachu i zaliczyła glebę na skuterze.

GILI GEDE

Kuta Lombok nie zawiodła mnie swoimi widokami i pięknymi plażami. Dokladnie tak, jak zapamiętalam to miejsce z przed kilku lat.

Lombok

Lombok

To miejsce jest dzikie, pełne surferów, beach boysów – lokalesów polujących na białą pannę, pancioszek sprzedających sarongi, dzieciaków sprzedających branzoletki, kokosów oraz jest niebezpieczne po zmroku, bo ludzie z okolicznych wiosek, co nie kumają, że na turystach da się zarobić, czają się, że na piaskowej, dziurawej drodze, żeby ukraść przejeżdżającym surferom skuter… ale mimo wszystko warto pobyć chwilę w tamtejszych okolicach.

Lombok

Jednego dnia pojechałyśmy z Magdą na Pantai Pink, czyli różową plażę. Droga przez ostatnie 10km wygląda jak szwajcarski ser z dziurami, a ostatni zjazd na plażę stromy, że hoho… lokalny chłopaczek kazał mi zjechać do plaży, zabrał Magdę do siebie na skuter, a ja udawałam, że to oczywiste, że umiem zjechać stromą piaskową drogą… cały czas zastanawiałam się czy ja bedę umiała podjechać z powrotem…

Ale nagroda była cudna…

Lombok

Lombok

Napotkałam tam przeciwnego Niemca, co miał ojca Indonezyjczyka i nie mówił po indonezyjsku… wybraliśmy się razem na wycieczkę snorkową. Przeciwna to była wycieczka, na której to ja – blondzia z Polski, tłumaczyłam niemco-indonezyjczyka z angielskiego na indonezyjski… Chłopak był bowiem bardzo otwarty, cały czas pytał o coś pana łódkowego i jego pomocnika, a oni przychodzili do mnie i pytali co on mówi… absurdalna historia, uzgodniliśmy, że kolega się jednak od taty trochę indonezyjskiego poduczy, bo przecież krew jego indonezyjska jest i powiedziałam, że ja bym zabiła za taką możliwość jaką on ma mając rodzinę w Indonezji, więc musi to wykorzystać :)

a oto wspomniany kolega:

fuji1-6

Po trzech dniach zabrałam naszą pacjentkę na Gili Gede… na nasze szczęście na plaży w Kucie spotkałyśmy chłopaka, który przeprowadzał ze mną wywiad (często studenci indo uczelni przeprowadzają z nami wywiady), i okazało się, że pochodzi z Gili Gede.. dał nam namiary na Pak Anton, właściciela dwubungalowego home stay’a o nazwie „Warung Pelangi”

GILI GEDE

GILI GEDE

Szybko zorganizowaliśmy się i Agnes z Christianem dołączyli do nas jeszcze tego samego wieczoru.
Przez 4 dni byliśmy jedynymi białasami na wyspie.

GILI GEDE

Wyspa okazała się dokładnie tym, czego szukałam… takie Galo – Galo, ale bliżej Bali i z trzema wioskami i lokalną, miłą ludnością. Cofnęliśmy się w czasie i rozwoju… brak prądy (tylko kilka godzin wieczorem), słona woda i stosy kokosów.

GILI GEDE

GILI GEDE

GILI GEDE

GILI GEDE

Wyspę można obejść w pół dnia… zatrzymując się na kąpiel, kokosa, albo rozmowę z lokalsami…
Ludzie są tu ciekawi Ciebie i trochę indonezyjskiego ułatwia kontakt. Dzieciaki podbiegają i proszą o zdjęcie tylko po to, żeby obejrzeć potem na podglądzie czy dobrze wyszły.

GILI GEDE

GILI GEDE

GILI GEDE
fot. by Magda

Na wyspie jest mnóstwo rzeczy do roboty… zbieranie muszelek i telefonowanie do siebie za pomocą dużych sztuk było naszym ulubionym zajęciem.

GILI GEDE

GILI GEDE

Gili Gede to zdecydowanie wielka wiocha (słowo to w moich ustach zawsze jest komplementem, bo jestem wieśniarą i kocham wiejskość). Można tu znaleść mnóstwo miejsc do siedzenie i gapienia się, a zdjęcia można robić w nieskończoność.

Mnóstwo zwierzątek
GILI GEDE

GILI GEDE

GILI GEDE

rafa koralowa
GILI GEDE

wycieczki snorkowe
GILI GEDE

kraby kokosowe
GILI GEDE

łódeczki
GILI GEDE

przepiękne zachody słońca
GILI GEDE

A wszystko to 4 godziny promem z Bali i godzinkę na skuterze :)

Tagged , , , , , ,

Hey śnieżynko :)

21.09

Kupiłam rower ! Rower jest chiński, mały i kosztował 600.000 Rp po targowaniu się i robieniu psich oczu, że studentka, że nie mam kasy i że może być używany (używanych tam nie mieli).

17.09

a tu w całej okazałości prezntowany przez Piotra

17.09

Teraz jak jedziemy na plażę to ja śmigam rowerem a Agnes z Piotrkiem darmowym bemo, które odkryliśmy :) ja z rozwianymi włosami wzbudzam sensację lokalsów, bo Denpasar jednak turystyczne nie jest. Czasem się jakiś turysta zapląta, bo szuka dworca autobusowego, ale innych przyczyn zwiedzania Denpasar raczej nie ma :) Wszytko to powoduje, że jak jadę to czasem ktoś się dziwi, a jak się dziwi to za mną krzyczy, a jak krzyczą to najczęściej „AYO BULE” co znaczy „HEY BIAŁASKO” w dosłownym tłumaczeniu… ale ja jednak pozwalam sobie na wariację i tłumaczę sobie to „HEJKA ŚNIEŻYNKO” :)

17.09

17.09

Ze spraw innych to zaczęliśmy co weekednowe zwiedzanie. Byliśmy w UBUD (zdj. na flicker) oraz na NUSA LEMBONGAN… to wysepka obok, na której nigdy nie byłam, bo zawsze woleliśmy Gili… w sumie Lembongan też fajne. Gili mam trochę przejedzone i dłużej się jedzie… a tu tylko dojazd darmowym bemo do Sanur potem public speedboat prosto do celu. Nawet z naszymi legitymacjami udało nam się wyprosić, żeby mniej zapłacić :) Legitymacja i oczy jak u psa i czasem cuda się zdarzają :)

19.09

19.09

Na samej wyspie popłyneliśmy do lokalnego portu JUNGUT BATU, bo tu więcej lokalesrkich guest house’ów niż w grzybowej zatoce ;)

Spędziliśmy trzy urocze noce u dziadka, który kiedyś był księdzem (lokalnej religii)

21.09

21.09

Ku mojej radości wreszcie odbyła się wycieczka snorkowa i panciocha mogła pobyć syrenaką :) i widzieliśmy duże manty !!! jak tylko wskoczyłam do wody to była jedna, ale tak się przejęłam, że uciekłam i potem już z takiego bliska żadnej nie widziałam. Jest dowód w postaci zdjęcia, ale tylko tej widzianej z daleko :)

21.09

21.09

oprócz snorkowania i pływania była też wycieczka rowerowa i relacje z miejscowymi. Bo cała wyspa jest jedną wielką farmą wodorostów czyli po tutejszemu „trawy morskiej”

21.09

21.09

dzięki naszym chęcią mówienia i jakieś tam już umiejętności, zagadaliśmy do małżeństwa, które ściubało sobie te wodorosty, żeby nam pokazali co robią… no i pan mąż musiał iść podwieźć kogoś łódką i powiedział, że możemy te wodorosty powiązać sobie z żonką :)
więc z Piotrkiem wpadliśmy w szał pracy :) ja uwielbiam ręczne robótki, więc trudno nas bylo od tego oderwać :)

21.09

20.09

Odkryłam również dzięki mojej ukraińskiej współlokatorce, że nazwa MOloko (zespół) pochodzi od rosyjskiego słowa Mleko… jestem niezmiernie szybka w odkryciu tej prawdy, bo pewnie wszyscy już o tym wiedzą !!!

Poza tym było trzesienie ziemi…. ponoć.. Piotrek się przebudził na tę okazję, ja i Agnes przespałyśmy… potem szukałyśmy info w sieci, ale niewiele, do Polski też nic nie dotarło, bo nikt nie pisał :)

Poza tym tęsknie, ale internet i odkrycie rozmów za kasę na Skype mnie uratowało :) Mam więc mamowo – adaśkowo – sasorowo – mirelkowo – monikowoleszkowo – alinkowoaleowo – izowo – asiowe wieści :)

Tagged , , , , , , , , , , , ,

Raj ma swoją cenę…

Galo-Galo Island

Leżąc w tanim pokoju bez okien hotelu „Celebes” w Manado pierwszy raz spojżeliśmy na zdjęcia w naszym przewodniku, a przewodnik zdjęć miał zaledwie kilka. Zobaczyłam więc tą fotkę (na górze widzicie podobnądo tej z przewodnika) i powiedziałam, że musimy tam pojechać choćby nie wiem co!

I tak obraliśmy sobie za cel małe wysepki kolo wyspy Morotai w północnych Molukach w Indonezji.

Pancioszka powiedziała, Tomasz przytaknął i już pokrótce byliśmy na promie Manado – Ternate (to wyspa, z której zrobiono zdjęcie i widnieje ono na 1000 rupii indonezyjskich i miasto o tej samej nazwie, które właśnie przestało być stolicą regionu, co nikomu się nie spodobało i lokalesi nadal uznają Ternate za stolicę, tylko, że urzędy im przeniesiono do Sofifie na sąsiedniej wyspie).

Ternate

WIDOK taki jak na Seribu RUPIas

Następnie ładowaliśmy się na Speed Boat na wyspę obok Ternate zwaną Helmahera (największa wyspa północnych Moluków). Prawie straciliśmy bagaże w tej wyprawie, bo nie zanotowaliśmy czy są przywiązane, a te ich motorowki, ciasne, małe i podskakują na falach że hoho. Byliśmy pewni, że nie mamy już plecakow, bo przecież popłynęły na dno jak kamyczki. Oddaliśmy im bagaż i się tak wyluzowaliśmy, że zapomnieliśmy sprawdzić czy został zabezpieczony. Ufać lokalesom warto, ale należy ich sprawdzać, bo odpowiedzialność i wyobraźnie mają raczej na  minus 1000. Kosztowało nas to więc wiele stresu i pierwszy raz tak bardzo ucieszyliśmy się z ich widoku. Następnie transport lądowy autkiem zbiorowym zwanym Kijang (od Toyoty) do kolejnego przystnaku, gdzie wsiedliśmy na śmiertelnego Speed Boat’a na wyspę Morotai…

Mimio, że mieliśmy już sygnał ostrzegawczy, że te motorówy są szalone, a ludzie nimi pływający jeszcze bardziej, to w imię „nie zostajemy w tej dziurze o nazwie Tobelo chodźby nie wiem co” daliśmy się namowić na drogiego (30zl = 100.000 rupii) Speed Boat’a… (i tak zapłaciliśmy mniej niż ostatni zwerbowani lokalsi.)

Po godzine czekania, aż się wszyscy zborą, wsiedliśmy na łodkę ok 17:30 wraz z panią z maluszkiem, dziewczynką ze szpitala z welfronem w ręku, wątłą jak ta lala i jej wątłym mężem, dwoma dzaduńciami i trzema innymi panami. Plecaki do środka – uffffff ale jeseśmy extra, że teraz się nie będziemy martwić, przehytrzyliśmy ich i plecaki mamy na oku. Pan kapitan rosły Indonez z fajką w zębach, jedną od drugiej odpalaną, zasiadł za sterami, ja obok kapitana, Tomasz tuż za mną. Aparaty, fotki, uśmiechy – extra fajnie…. wypłyneliśmy z zatoki, a tu fale zaczynają się jakieś duże, wiatr wieje…. popatrzylismy na siebie… ja se myśle ok… lokalesi są spokojni luzik zawsze tak tu maja…. przeplyneliśmy poł godziny dłużej, łódką targa coraz mocnie, lokalesi są niespokojni, więc i ja się robię niespokojna, ale przecież jestem nie lada pancioszką, więc tylko pytam T. gdzie nasz oceanpack ? o tu, dobra zarządzam wrzucenie aparatow i nerek z dokumentami do naszego wodoodpornego pack’a i T. go na siebie zaklada… Woda przez male okienko się wdziera, pasażerowie w stresie, ja mokra, plecaki mokre (przypominam, że siedzimy w zamkniętym speed boat’cie z małym okienkiem… Myśle sobie ok… to, że się przewrócimy na tych falach jest nieuniknione… nie wiem kiedy to się wydarzy, ale się wydarzy, więc w międzczasie sobie plan obmyśle – „trzeba by się najpierw wydostac jak już się przewrócimy. Sprzęt i dokumenty zabezpieczone, my pływać umiemy (ja chyba lepiej niż T.) więc trzeba sie wydostać, potem tego dzieciaka ratować i tych wątłych. Faceci lokalni sobie poradzą… hmm –  jak się wchodzi na łodkę przewróconą ???!!!!! kamizelek nie ma, bo jesteśmy w Indonezji (nie mylić z Bali, tam kamizelki na pewno są)…” Patrze ma T. on się uśmiecha, a w jego głowie, jak się potem okazalo, myśli sobie tak: „ok… jak się wywalimy, bo się wywalimy na pewno, to najpierw wywale to okno, potem ogarnąć Dagmaritę, bo ona pływa, ale ja na pewno lepiej od niej pływam. Potem ten dzieciak, kurde jeszcze Ci wątli…. może Ci kolesie obok umieją pływać to się wątłymi zająm i mamą tego dzieciaka… ja biorę dzieciaka i Dagmaritę, oni muszę się innymi zając… plan obczajony”…

Ternate

NASI PRZYJACIELE, KTÓRYCH PLANOWALIŚMY RATOWAĆ

Po 2 godzinach tej rozkminki dotarliśmy do celu, ale wszyscy powiedzieli na przystani, że to nie byly warunki pogodowe na tę podróż i ona wogóle nie powinna była się odbyć… Nie muszę mowić, że przez dwa miesiące nie wsiadalam do motorowek… z tej wyspy odjechaliśmy dużym promem (mimio, że co dwa-trzy miesiące takie promy toną, ale chociaż mają na pokładzie kamizelki – to też obczailiśmy w międzyczasie – nie dla wszystkich pasażerów rzecz jasna starcza takiego ekwipunku).

Na Moroatai byliśmy jedynymi „Bule” (od nazwy w bahasa indonesia ludzi z Niderlandów, co z czasem przyjeło się jako „białas”) od dwóch tygodni. Wcześniej byli dwaj Niemcy, co to rozkochali w sobie rodzinę niejakiego chłopca z informacji turystycznej, którego za naszej wizyty bolał brzuch na wciąż i twierdził, że nie możemy jeść „Bakso” (pyszna zupa rosolkowa z kulkami mięsnymi), bo to chyba dla biedoty, a my przecież właśnie biedota, bo staramy się, żeby wszystkiego na jak najdłużej starczyło, bo przecież bieltu do domu nie mamy i nie chcemy wracać póki śniegi się nie roztopią (co nam się udało, mimio że zima tego roku odejść nie chciała).

Morotai Island MOROTAI

Po negocjacjach kasowych udało nam się dogadać i zapoznać z rodziną Man’a (przystojny indonezyjczyk + żonka + noworodek o imieniu Bardan i jedna z córek – Isa + paru kuzynow) to oni przewieźli nas na wyspę Galo – Galo Kecli, po drodze pokazując nam dokładnie miejsce z fotografii z przewodnika, od którego wszystko się zaczęło. Miejscem tym okazała się być mierzeja między wysepkami Dodola Kecil i Dodola Besar, która łączy je, tworząc w godzinach odpływu, przejście.

Galo – Galo Kecil (czyli „mała”, bo jest też duża, na którą Man zabrał nas by pokazać grób taty, przedstawić rodzicom i by młode matki porobiły sobie zdjęcia, jak trzymam ich dzieci na rękach), jest niezamieszkała. Rząd ustawił dwa bungalowy i Man z rodzinką opiekuje się nimi przyjmując gości – jak się okazało byliśmy trzecimi mieszkańcami domków, świetnie wyposażonych w ratanowe meble, komary i bedbugs’y…

Pisasek, jest na Galo -Galo jak pyłek drobny i chodzi się, jak po śniegu… nadziwić się nie mogliśmy, że tam dotarliśmy, i że to tylko dla nas.

Galo-Galo Island

MAN I JEGO CÓRKA ISA

Pływaliśmy więc na klapku (moim prezencie od świętego Mikołaja), obeszliśmy wyspę milion razy, znaleźliśmy największe muszle ever, łowiliśmy z Man’em ryby i potem je przyżądzaliśmy i jedliśmy najbardziej kolorowe piękne okazy oraz drogie snapery i nauczyliśmy się wielu słów po Indonezyjsku.

Galo-galo island on Maluku ;)

WODY DOOKOŁA WYSPY GALO- GALO KECIL

Okazało się, że nasi gospodarze nie mówią po angielsku ani słowa, ale mają nieodpartą chęć gawędzić z nami wieczorami. Uzbrojeni więc w słownik w telefonie, plus taki papierowy, rozszyfrowywaliśmy, o co nam na wzajem chodzi i pod koniec wyjazdu umieliśmy się nieźle porozumieć… strasznie dużo satysfakcji mieliśmy zwłaszcza, że czasem próbowaliśmy o polityce nawet mówić, ale nie oszukujmy się nic z tego nie wyszło…. Ja za to władam świetnie słowkami określającymi kolory, dni tygodnia, jedzenie i liczby… co przy targowaniu w dalszej podróży okazalo się genialną umiejętnością. Poza tym polubiliśmy sie z tą rodziną do tego stopnia, że wydrukowali sobie nasze wspólne zdjęcie i obiecali, że zawiśniemy u nich w domu :) Ktoś teraz musi tam pojechać to sprawdzić, więc chętnie kogoś tam wyślemy, jeżeli macie ochotę pochodzić po piasko-śniegu :)

Galo-Galo Island

GALO – GALO RELAX

Raj ma swoją cenę… mimio repelantu z Dit 100, zostaliśmy pogryzieni tak bardzo, że cale plecy mieliśmy w krpokach… zgoniliśmy to na sandfly’ie, ale gdzie sie nie przenieśliśmy to moje nogi były ciągle w nowych kropeczkach… Jak już przejechaliśmy resztę Indonezji, Filipiny, a w Malezji ja nadal mialam codziennie nowe ugryzienia, to wzieliśmy się za szukanie z naszym przyjacielem „Google”… co to kurde jest za gryzoń. No i wyczytaliśmy, że w tych ratanach to żyły sobie spragnione naszej krwi Łóżkowe Robaczki… co to śpią w dzień i wychodzą w nocy, żeby Cię zjeść… a do tego pakują się w plecak i podróżują z Tobą… nasze podróżowały jakieś dwa miesiące, kiedy to postanowiliśmy za radą od wujka „Google” ugotować je raz na zawsze… bo fajnie fajnie, ale jak kiedyś wrócimy do domu i jak sobie przywieziemy takie robaczki to nie pozbędziemy się ich już nigdy z naszego życia… Okazja się ku temu znalazła, bo nasz domek na wyspie Tioman w Malezji miał dach z blachy i cały dzień nagrzewał się jak piekarnik. Usuneliśmy wszystko z plecaków, wytrzęśliśmy, przewertowaliśmy każdą książkę, koszulkę, sukieneczkę, a pusty plecak jeszcze wystawiiśmy na słońce na godzin 7 ! Sami ruszyliśmy po Rum , bo ta wyspa była bezcłówką, więc nasze robaczki spłonęły żywcem. Rzeczywiście nigdy więcej ich nie widzieliśmy, ani nie byliśmy już pogryzieni. Widzieliśmy za to ludzi, którzy w Kambodży wmawiali sobie na wazjem, że są pogryzieni przez komary, albo meszki… ale to byly Bed Bugs.

Zatem żeby w raju pobyć trzeba się poświęcić. Zjechać ze szlaku, pogadać z ludzmi, którzy Cię nie rozumieją, prawie zaliczyć wypadek na łódce (nie liczcie że szybko by nas ktoś uratował. W Indonezji nie ma radia na pokładzie i radzisz sobie sam… jeszcze ratując tych loaklesów, co to przecież pływać nie potrafią), zjadają Cię jakieś robale, wszystko jest dorższe, bo jesteś biały (aczkolwiek trzeba zrozumieć, jednocześnie walcząc o swoje), na promie jest się odmieńcem… Ale ile radości z faktu, że jak już wszystkie przewodniki i portale napiszą, że odkryli to miejsce, to my bedziemy wiedzieć, że byliśmy tam dużo wcześniej i jak wrócimy za 10 lat to będziemy widzieć wszystkie zmiany „na lepsze” i „gorsze”

Galo-Galo Island

KUMPEL MAN’A Z ŻONKĄ

 

Tagged , , , , , , , , ,

Pulau Pangempang

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Sulawesi Tengah czyli Sulawesi Centralne, a tak naprawde Togian Islands :)
Wszyscy znają to miejsce jako Tomken Island, a resort tam przyjmujący gości to Fadhila Resosrt.

Togeans

Ten Pan w okularach to właściciel/menager miejsca… jest cudownym gościem, który mial kilka lat temu szczęście pozanć dwóch Duńczykow Kennetha i Toma, ktorzy stali się cichymi właścicielami tej wyspy.
Przyjeżdżali tak często w rejony Katupat, w czasach kiedy tylko najwytrwalsi podróżnicy docierali na Togeany, że zaprzyjaźnili się z rodzinami w Katupat, a przede wszystkim z rodziną Jaffy (chyba tak miał na imię, ja go tak w każdym razie myślach nazywam).

Togeans

Nie znam historii Toma (aczkolwiek był chwile z nami na wyspie), ale Kenneth spędził z nami całe 5 dni i sporo fajnych ciekawostek nam opowiedział.

Otóż Panowie zakochali się w Togeanach i postanowili kupić zadżungloną wyspę na przeciwko Katupat… A wlaściwie nie mogli jej kupić, bo byli obcokrajowcami, dlatego kupili ją Jaffie i jego rodzinie, a sami stali się stalymi bywalcami wyspy.

Początki byly trudne i żmudne, ponieważ cala wyspa pokryta była dżunglą, a dookola były namorzyny…

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Wycinanie i karczowanie trwało wiele czasu, ale w końcu powstał Fadhila resosrt.
Pare domków na zielonej trawce, a tuż obok biały pisek i bezkresny ocean.

Pożegnanie z Togeanami

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Tom i Kenneth przyjeżdżają na zimę, kiedy nie ma sezonu na tak długo, jak tylko chcą. Stali się dobrymi orędownikami, trochę sponsorami, a przede wszystkim wychowawcami dla wszystkich pracujących w resorcie ludzi.

Dbają o to, żeby resort rozwijał się, a personel edukował oraz żeby do wyspy docierały różne fajne nowinki. Sam Kenneth nauczyl się indonezyjskiego. W każdy wieczór gra z chłopakami, po ich pracy w różne karciane gry i wciąga do tego gości. Jest super atmosfera. A przy tym wszystkim nigdy nie wtrąca się do samego prowadzenia resostu. Szefem jest Jaffa i on ustanawia zasady i warunki. Nigdy nie podważa jego zdania.

Togeans

Nie mam żadnego zdjęcia Kennetha, ale musicie sobie wyobrazić bogatego Duńczyka, z dystansem do życia, troche frywolnego, ktory nie przebiera w słowach i żartach. Nie pobłaża i nie mówi komplementów gościom.
Po prostu czuje się na wyspie jak u siebie w domu, ale nikomu się nie narzuca.

California Reef; Togeany

Ja trafilam tam, jak zwykle, przez dobry zbieg okoliczności. Prom nie przypłynął i akurat łódka z Jaffa i Elim (naszym kumplem z poprzedniej wyspy, loklsem, ktory się urodził na wyspach i ma swoją łódkę) ładowała się i przygotowywała do odpłynięcia z Wakai (wioski, ktora jest skrzyżowaniem wszystkich dróg morskich na Togeanach). Pogadaliśmy i zabrali nas ze sobą.

Eli i jego łódka
Togeans

Układ był prosty… jak zostaniemy na Tomken to nie płacimy za tę przejażdżkę, jak popłyniemy dalej to płacimy… i tak los zadecydował za nas… I bardzo dobrze zadecydował :)

Spędziłam tam 5 cudownych dni. Pyszne jedzenie przy jednym stole ze wszystkimi gośćmi. Poznaliśmy wyjątkowe osoby, które miały tyle fajnych rzeczy do opowiedzenia.

Pożegnanie z Togeanami

Słowenka Rani z synem Noa
Pożegnanie z Togeanami

Odbyliśmy najlepszą wycieczkę snorkową na rafę zwaną „Hotel California”

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Odwiedziliśmy zarowno wioskę Katupat

Togeans

Togeans

Togeans

Togeans

Jak i pobliską wysepkę Bolilanga Island, na ktorej też znajduje się, podobny do Fadhila, resort.
Zaliczyliśmy tam piękny zachod słońca

Togeans

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Już nie mowie o tym, że nie ma tam ciągłego dostępu do prądu (tylko kilka godzin wieczorami) ale najważniejsze, że nie ma dostępu do Internetu, ani do zasęgu telefonicznego, co oznacza, że można się całkowicie odłączyć od rzeczywistości.

Wyspa wcale mała nie jest. Mieliśmy ochotę wybrać się na trekking, bo nas lokalesi zachęcali i zobaczyć drugą stronę i plaże po niezamieszkałej stronie… ale po 50 metrach przeleciał nam przed nogami wielki jaszczur, a potem nie mogliśmy znaleść żadnej ścieżki, bo zarasta strasznie szybko, a trafiku wcale nie ma za bardzo, więc zawróciliśmy i plan nie został zrealizowany… Jest zatem najważniejszy powód do powrotu :)

Żeby nie było nudno oddaliśmy się gapieniu na lion fishe, ktore podpływały pod pomost, żeby atakować kraby

Togeans

Noa (mały Sloweniec) zawsze siedział z nami na pomoście i łowił kalmary i ośmiornice, a potem jedliśmy je na kolację

Togeans

Smutno było się rozstawać z Tomken Island, a jeszcze gorzej wogóle z Togeanami… Były uściski i pożegnania…

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

JEDNO JEST PEWNE !!!! TRZEBA TAM WROCIĆ

Tagged , , , , , , , , , , , ,

<3 TRWAJ CHWILO, JESTEŚ PIĘKNA <3

Już pisałam o Galo-Galo Island… ale przerabiam masę zdjęć z wyjazdu, która jeszcze została, a z którą chce się uporać jak najszybciej, żeby oczyścić pamięć i mózg… i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo ważny i szczęsliwy był mój pobyt tam.

Po pierwsze tak trudno było się tam dostać – zero opisów w przewodniku – wszystko dzięki zdobytym telefonom do lokalesów, którzy pomogli nam pozyskać kolejne kontakty, aż w końcu doprowadzili nas do Mana i jego rodziny, która zabrała nas i opiekowała się nami na tym małym skrawku lądu.

Galo - Galo kecil

Po drugie ten straszny speedboat, który byłam pewna, że się przewroci na wysokiej fali… już o tym pisałam, więc nie powtarzam się, ale emocje mimo, że upłynęło tyle czasu, wciąż nie dają mi spokoju. A zapowiadało się tak miło, jak weszliśmy na pokład – są nawet zdjęcia :)

W drodze na Morotai

Ternate

Najbardziej istotną sprawą, która teraz wydaje mi się z perspektywy czasu i wydarzeń, ktore nastąpiły, najważniejszą, jest fakt, że nie było tam zasięgu ani telefonicznego, ani internetowego…. tzn… ja nie miałam, ale moja druga połowa, miała kartę indonezyjską, żeby czasem coś sprawdzić w necie… ten internet… taki dla niego ważny…

Galo - Galo Kecil

Na każdej wyspie, w każdej knajpie jest teraz internet… nawet w Kambodży i Indonezji… zamiast rozmawiać o przeżyciach, przygodach, doświadczeniach z podróży, każdy szuka czegoś, co jest akurat godzie indziej.. rozmawia z kimś, kogo nie ma na miejscu…

Uwielbiam wyspy, na których nie ma zasięgu. Takie były Togeany i taka była Galo – Galo Kecil. Całkowite skupienie na sobie, książce, na przyrodzie, na zabawie, spacerach… wygrzebywanie muszelek i wielkich zdobyczy… obchodzenie wyspy dwa/trzy razy dziennie w poszukiwaniu przygód i najlepsza zabawa w snorkowanie i pluskanie się w wodzie.

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo Kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Bardzo doceniam tamten czas. Niezmarnowany na myślenie o kimś innym i o czymś innym, czas bez informacji z zewnątrz… czas, w którym moi przyjaciele żeby wiedzieć, co u mnie słychać musieli odpowiedzieć sobie używając wyobraźni.
Patrząc na gwiazdy zastanawiałam się co robi moja mama i gdzie teraz jest moja przyjaciółka jedna i druga. To było jak cofnięcie się do przeszłości.

Galo - Galo kecil

Dodola

Jedynymi ludźmi, do ktorych się odzywaliśmy był Man i jego rodzina… nikt nie mowił po angielsku… nawzajem uczyliśmy się komunikowania… dużo się wtedy słówek po indonezyjsku nauczyliśmy… ja się doszkoliłam w liczbach, kolorach, nazwach jedzenia… razem wyławialiśmy ryby z fermy koło wyspy, do ktorej brat Mana codziennie dorzucał nowe okazy…

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Galo - Galo kecil

Poznawaliśmy przyjaciół z wyspy obok – Galo – Galo Besar i wspólnie zrywaliśmy kokosy.

Galo-Galo Island

Galo - Galo kecil

Barak łączności ze światem mnie uszczęśliwia… zastanawiam się po co ciągle chcemy łączyć się z innymi, jak mamy szczęście pod ręką… ciągle nam nie wystarcza, ciągle chcemy czegoś więcej… kogoś więcej… ciągle brakuje nam wrażeń, boimy się oddać na chwile temu, co mamy…

Galo-Galo Island

Tagged , , , , , , , ,

! ŻYRAFY JEDZĄ MARCHEW za 100 Batów !

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Odkrycie tego miejsca dało mi wiele radości. Wszysct jeżdżą do Tiger Temple, żeby zobaczyć naćpane tygryski, dlatego pojechaliśmy tam, gdzie nikt nie jeździ, a zwierzątka biegają sobie luźno i są ciekawe przybyłych gości.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Dwa lata temu nawet nie dało się znaleśc w LP wzmianki o tym miejscu i wycieczki organizowane też były nie do odnalezienia. W tym roku łatwiej było znaleść wzmianki o Safari, a mimo wszystko autobus był tylko nasz.
Generalnie jak wszędzie w Azji cena wstępu jest inna dla białasów i inna dla lokalesów, co mogę zrozumieć, bo każdy tajski maluch powinien mieć szansę nakarmić żyrafę marchewką.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Jest też w cenie biletu pokaz słoni (straszny i cyrkowy) oraz pokaz krokodyli – widzialam go w odleglości dwoch lat i nic a nic się nie zmieniło… ten sam pan w długich włosach wkłada głowę krokodylowi do paszczy i tak samo ciągnie go za ogon… ale są emocję. Zwłaszcza jak trafi się na Izraelską wycieczkę, ktora chętnie bierze udział w zabawie „stanąć na krokodylu”; „włożyć rękę do paszczy gada” czy „przejechanie się na zwierzaku” – wszystko za 100 Batów.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Nauczona doświadczeniem z ostatniej wizyty – chętnie kupiliśmy jak zwykle za 100 Batów miskę z marchewkami dla Żyrafek…. Generalnie za pierwszym razem trzymałam na rękach także za 100 Batów małe lamparciątko, ale po dwóch latach podrosło i tylko zmęczony życiem tygrysek leżał przy wejściu i chętnie pozował za 100 Batów.
Autobus jest bardzo tajski i stary, okna się ledwo otwierają, ale klimat bardzo Azjatycki.

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi
Muszę powiedzieć, że tym bardziej byłam podekscytowana ostatnim razem, bo pojechaliśmy wynajętym skuterem specjalnie w dniu moich imienin… do tego w autobusie byliśmy sami, więc było tak, jak byśmy wynajeli sobie żyrafki tylko dla nas :)

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

A Żyrafki wiedzą, co jest grane i jak widzą autobusik to pędzą jak szalone w naszym kierunku i już wkładają głowy i trzeba bronić marchewek za 100 Batów. Jedna szalona żyrafa chciała mi rozwiązać stanik, bo był zielony… Wszystko, co zielone i pomarańczowe jest chodliwym towarem dla Żyrafek :) zostalam sowicie obśliniona… Czulam się jak dziecko, śmiałam się jak dziecko !!! nie wyobrażam sobie, żeby zamienić to miejsce na smutne Toger Temple, gdzie placi się za wjazd 1000 Batów (tu 400 B) a za zdjęcie z naćpanym Tygrysem płaci sie kolejne 1000 B (tu 100 B – tygrys być może też naćpany, bo jak inaczej).

Imieniny 12.12 Safari w Kanchanaburi

Zachęcam do eskapady wszystkich milusińskich kochających zwierzątka ;) A Żyrafy mają takieeee długieee rzęski, że hey !!!

Kanchanaburi

Tagged , , , , , , , , , ,