Category Archives: Indonezja

Tetapi hari senin saya pergi ke Indonesia !!!

na bloga indo
rys. Paweł Jaworski

Zostały jeszcze dwie noce… mam mieszane uczucia, bo nagle okazuje się, że tak dużo ważnego tu zostaje… Ale walki o ten wyjazd było co niemiara, więc ocieram łzy i pakuje się powoli.

Pierwszy raz będę sama w samolocie na takim długim dystansie… zamierzam robić ćwiczonka z Indonezyjskiego, bo skoro już płacę sama za te studia, muszę dostać się do grupy wyższej niż początkująca… nie chce się znowu uczyć cyferek i podstawowych zwrotów.

Na mojej drodze także ONE NIGHT IN BANGKOK. Opracowałam sobie plan, że przejeżdżam bezpłatnym autobusem na Don Muang i obok mam tani hostelik. Miałam plan zostawienia bagażu w przechowalni i pojechania na Rambuttri, ale koniec końców zamierzam zwiedzić okolice lotniska Don Muang. Zjem lokalerską zupę, wyślę Adaśkowi obiecaną pocztowkę i nie będę pchała się w turystyczne zakątki ;)
Taki mam plan na podróż :)

Po wielu perypetiach i błagalnych mailach na Uniwerek w Indo, dostałam kwity i wizę social budaya… chociaż w całym zamieszaniu podczas skladania wizy, bo pan dziadek, co jest wizowym w Ambasadzie na spółę kolegą podrywali mnie po polsko – indoenzyjsku, zapomniałam powiedzieć, że wyjeżdżam 1.09 i że nie jest dobrym pomysłem, żeby wiza była do odbioru właśnie tego dnia… miałam więc nerwowy tydzień. Najpierw poszłam w środę i z panem starszym się dogadywałam, że ta Wiza to może już… pan nic nie kuma w żadnym języku, więc troche po indo nieśmiało zaczęłam tłumaczyć, że w poniedziałek jam sembilan stawiam się i ta wiza być musi… pan pokręcił głową.

Ponieważ nie ufał Indonezyjskim Oficjelom przyszłam ponownie wczoraj i znów trzepocząc rzęsami powiedziałam, że przechodzilam i chciałam sprawdzić czy może ta wiza już jest… pan szuka, szuka… przewraca te paszporty… aż w końcu mówi „co tam jest napisane”, więc ja już twardo po indonezyjsku mowię mu, że napisane hari Senin, ale hari Senin to ja juz lece do Indo, więc muszę mieć tą wizę dzisiaj… pokręcił głową i nagle mój paszport z wklejoną wizją się pojawił yuhu :)))

Stwierdzilam rownież, że skoro załatwiłam urzędową sprwę po indonezyjsku, to mój indonezyjski nie jest basic tylko ewentualnie basic level 2 :)

Oto wiza :)
VISA

Jestem na wiadomościach z moim Piotrkiem, co to już za godzinę z Jakarty leci na Bali, bo był na orientation week (ktory trwał dwa dni) i zaznajamia się z naszymi Rumunkami (mamy nadzieję, że współlokatorkami naszego domu). Ponoć spał tylko 8h przez te dni i wypił morze wódki, ale znajomości narobil, więc będzie do kogo jeździć weekendami oraz z kim się szlajać :)

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to 3.09 ląduje w Denpasar i kieruje się pod ten adres :) Czerwona gwiazdka to skręt z głównej uliczy w Gang, gdzie stoi nasz przyszły dom :))) Ponoć z dwom skuterami na wyposażeniu :) yupiiii

mapa dom

Prawie Darmasiswa

Pierwszego dnia płakałam jak dziecko, drugiego dnia się wkurzałam, a trzeciego dnia wysłałam papiery na Universitas UDAYANA. Wszystko dzięki Piotrkowi i Maćkowi, którzy trzymali rękę na pulsie i kazali, przez łzy, wypełniać mi formularze, mimo że byłam przekonana, że nic już mi się w życiu nie uda :) Oto przy ogromnym wsparciu Ambasady Indonezji i pomocy Pani Konsul zostałam studentką Bahasa Indonesia, co zaświadcza Certyfikat

Certifikasi

Darmasiswa w tym roku mi się nie trafiła, ale nie ma tego złego, bo dzięki temu, że dostałam się na ten sam Uniwersytet, gdzie Piotr dosyał stypendium, będziemy nierozerwalnymi bywalcami targowiska  w Denpasar. Szukamy lokalnej, balijskiej chaty, w której w ogrodzie będziemy mieć dmuchany basen :),  a ja szukam kupca na moje auto, bo stypendium muszę ufundować sobie sama :) Moje mieszkanie od Września będzie miało nowego lokatora, a ja mam już bilet :)

Następny rok należy do nas :)

dream team

Tagged , , , , ,

Anda harus tahu…

…że od marca mam nowego nauczyciela Indonezyjskiego. Pierwszym był Bapak Eki – najlepszy nauczyciel, jakiego można sobie wymarzyć.


Blog Bapak Eki

Bardzo żałowaliśmy, że musi wrócić do Indonezji. Miał super podejście, uczył nas szybko i efektywnie. Byliśmy na wspólnej kolacji, gdzie jedliśmy polskie, świąteczne dania i popijaliśmy winem. Na koniec żegnaliśmy go na pożegnalnej kolacji u ambasadora śpiewając karaoke i jedząc bakso.

Teraz zajęcia ma z nami ambitny wykładowca i znawca języka Bapak Donnie (nie dysponuję zdjęciem). Ponieważ nasza grupa nazywa się „średniozaawansowaną” (nie wiadomo komu przyszło do głowy to nazewnictwo, bo lepsze byłoby nazwanie nas „podstawową – semestr 2”), nasz nauczyciel myślał, że ma do czynienia z dorosłymi średniozaawansowanymi studentami i mówi do nas, jak przystało na nauczyciela języka obcego – w języku obcym to jest indonezyjskim. Może lepiej, bo jego angielski też jest bardzo indonezyjski :)

Miał Bapak Donnie bardzo ambitne plany, które dziś po napisaniu testu (który moim zdaniem był na poziomie pre-zaawansowanym, ale nie sprawił nam trudności), legły w gruzach. Bapak Donnie przygotował dla nas (zresztą na moją prośbę) piosenkę do nauczenia się. Okazała się ona jednak smętna i trudna, więc zaproponowaliśmy coś prostszego.

I tak oto moją nową ulubioną pioseneczką stal się ten oto przebój:

Piosenka jest o pięciu kolorowych balonikach. Muzyka jest bardzo na topie – Indonezyjczycy uwielbiają takie electro-disco – myśle, że Masłowska mogła czerpać inspiracje ;)

Piosenka okazała się hitem i w nagrodę za świetne śpiewanie dostałam od Bapak Donnie batikowy piórnik prosto z Surakarty.

la foto

Zachęcam do śpiewania – napisy są na teledysku.  Życzę powodzenia ;)

<3 MIMPI MANIS <3

 

 

Nemo Rybki <><

Samiec jest mniejszy od samicy !!! co oznacza, że mój aparat oraz moja ręka była atakowana przez Panią Nemo Rybkę.

Naprawdę według nauki Nemo Rybki nazywają się Amfipriony, albo Błazenki i są znane z tego, że żyją w symbiozie z ukwiałami.

Ukwiały, które są groźne dla praktycznie wszystkich innych ryb (jego czułki zaopatrzone są w parzydełka, które przy dotknięciu wypuszczają setki mikroskopijnych harpuników z jadem porażającym ofiarę), nie czynią im krzywdy. HMMM WIDZIAŁAM CHINECZKĘ, CO TO SIĘ BAWIŁA I DOTYKAŁA TE UKWIAŁY… CIEKAWE CZY COŚ JEJ SIĘ POTEM STAŁO ???
Podobno ich ciało pokryte jest śluzem, który naśladuje składem wydzielinę ukwiała (każdy ukwiał wytwarza specyficzną dla siebie substancję, którą pokryte są jego czułki – po to, aby nie atakowały się nawzajem). Ryba nie od razu jest odporna na ataki ukwiała, najpierw musi wytworzyć śluz identyczny ze śluzem danego osobnika. Nie jest też odporna na porażenie przez inny ukwiał nawet z tego samego gatunku, więc całe swe życie spędza z jednym gospodarzem, rzadko oddalając się od niego na odległość metra. Jeśli rozdzieli się rybę i ukwiał, to po jakimś czasie błazenek przestaje być odporny na jad i musi od początku nabyć tę zdolność. – WYCZYTAŁAM TO NA WIKIPEDI ;)

TERAZ NAJLEPSZA CIEKAWOSTKA !!!

Błazenki żyją pojedynczo, parami albo w grupach. W przypadku życia w grupie wspomnieć należy o wewnętrznej hierarchii takiej zbiorowości: na czele stoi samica, wszystkie inne ryby to samce. Samce mogą zmienić płeć i dzieje się tak w przypadku, gdy np. zginie samica (wtedy samiec, który do tej pory był partnerem samicy, sam staje się samicą a inny samiec staje się jego partnerem). !!! TO JEST DOPIERO NOWINA – PAN STAJE SIĘ PANIĄ !!! ZUPEŁNIE JAK W TAJLANDII :) PONOĆ RÓWNIEŻ PANOWIE ZAJMUJĄ SIĘ IKRĄ :) TO JEST SPOŁECZEŃSTWO BARDZO FEMINISTYCZNE :)

Jest strasznie dużo rodzajów ukwaiałów i jeszcze więcej różnych Nemo Rybek, robiłam zdjęcia wszystkim, jakie tylko znalazłam mam nadzieję, że ten wątek bedzie miał swoją kontynuację po kolejnej podróży :)

Tagged , , , , , ,

KUPU KUPU fundation

Screen shot 2014-01-23 at 15.54.31

http://www.kupukupufoundation.org/

Wyspa Seraya Kecil – Begonia, jej córka Nilu i mąż Balijczyk spędzają wakacje daleko od Bali.

Tam się poznaliśmy… Ona Hiszpanka od 13 lat mieszkająca na Bali… Do Indoenzji zaczęła przyjeżdżać 20 lat temu… zakochała się i potem szukała sposobu, żeby przenieść się tam na stałe. Pracowała wolontaryjnie w różnych placowkach, a potem szukała fundacji hiszpańskiej, która mogłaby wysłać ją tam po raz kolejny… Fundacji takiej nie było w całej Hiszpani, więc Begonia założyła ją sama – Kupu Kupu – po Indonezyjsku ozanacza „motylek”.

Kupu – Kupu Fundation zajmuje się dziećmi i ludźmi niepełnosprawnymi. Od kilku lat pojawił się też Guest House, który jest, obok dotacji dobrych ludzi, jedną z form dofinansowania Fundacji.

Polecam Wam to miejsce, nie byłam w nim, ale mój czas spędzony z Begonią i jej córką Nilu, która uczyła mnie Indonezyjskiego i ktora grała z nami w różne fajne gry, ktorych zasady tłumaczyła nam po hiszpańsku i angielsku, bo jest strasznie zdolna i otwarta i do tego wszystkiego spełniła moje marzenie o byciu mamą indonezyjskiego dziecka, byl nieoceniony i magiczny.

W mojej pamięci z przed 4ch lat, kiedy byłam tam pierwszy raz, Seraya Kecil byla wyspą sarenkową, bo przywitały mnie sarenki, kiedy dobiliśmy do brzegu – niestety tym razem już ich nie było… może zostały zjedzone :)


Seraya Kecil 4 lata temu (Empat Tahun Lalu)

Dzień po przyjeździe poznaliśmy też Ewę, hiszpankę, dla ktorej ta wyspa okazała się „una isla magica” :)
Eva od swoich przyjaciółek, jeszcze przed wyjazdem, w Hiszpani, usłyszała opowieść o miejscu, którego nazwy dziewczęta nie pamiętały, ale znajdowało się w Ubud, na Bali i prowadziła je hiszpanka o imieniu Begonia i koniecznie Eva ma się tam udać, bo genialne, tanie i z pięknym widokiem na pola ryżowe… Ewa Begoni na Bali nie znalazła, ale po 10 min rozmowy na sarenkowej wyspie okazało się, że Begonia stoi przed nią… ;)


Dagmarita / Eva / Baegonia / Nilu


Marcin i Nilu ładują się na łódkę


Marcin / Begonia i jej balijski mąż :)

Strasznie polecam Wam poznanie tej niesamowitej rodziny. Begonia jest bardzo ciepłą kobietą, ciekawą osobowością, bardzo zainteresowaną ludźmi i osobą o największym sercu, jaką znam.
Zapewniam Was, że odwiedziny w turystycznym bardzo mieście UBUD mogą być magiczne, jeżeli zdecydujecie się na nocleg w Guest House’ie KUPU – KUPU :) Ceny są przystępne, a nawet bardzo tanie, jak na UBUD, a do kasa nie idzie do kieszeni bogatych australijczyków tylko na utrzymanie ośrodka dla niepełnosprawnych :)

Raj ma swoją cenę…

Galo-Galo Island

Leżąc w tanim pokoju bez okien hotelu „Celebes” w Manado pierwszy raz spojżeliśmy na zdjęcia w naszym przewodniku, a przewodnik zdjęć miał zaledwie kilka. Zobaczyłam więc tą fotkę (na górze widzicie podobnądo tej z przewodnika) i powiedziałam, że musimy tam pojechać choćby nie wiem co!

I tak obraliśmy sobie za cel małe wysepki kolo wyspy Morotai w północnych Molukach w Indonezji.

Pancioszka powiedziała, Tomasz przytaknął i już pokrótce byliśmy na promie Manado – Ternate (to wyspa, z której zrobiono zdjęcie i widnieje ono na 1000 rupii indonezyjskich i miasto o tej samej nazwie, które właśnie przestało być stolicą regionu, co nikomu się nie spodobało i lokalesi nadal uznają Ternate za stolicę, tylko, że urzędy im przeniesiono do Sofifie na sąsiedniej wyspie).

Ternate

WIDOK taki jak na Seribu RUPIas

Następnie ładowaliśmy się na Speed Boat na wyspę obok Ternate zwaną Helmahera (największa wyspa północnych Moluków). Prawie straciliśmy bagaże w tej wyprawie, bo nie zanotowaliśmy czy są przywiązane, a te ich motorowki, ciasne, małe i podskakują na falach że hoho. Byliśmy pewni, że nie mamy już plecakow, bo przecież popłynęły na dno jak kamyczki. Oddaliśmy im bagaż i się tak wyluzowaliśmy, że zapomnieliśmy sprawdzić czy został zabezpieczony. Ufać lokalesom warto, ale należy ich sprawdzać, bo odpowiedzialność i wyobraźnie mają raczej na  minus 1000. Kosztowało nas to więc wiele stresu i pierwszy raz tak bardzo ucieszyliśmy się z ich widoku. Następnie transport lądowy autkiem zbiorowym zwanym Kijang (od Toyoty) do kolejnego przystnaku, gdzie wsiedliśmy na śmiertelnego Speed Boat’a na wyspę Morotai…

Mimio, że mieliśmy już sygnał ostrzegawczy, że te motorówy są szalone, a ludzie nimi pływający jeszcze bardziej, to w imię „nie zostajemy w tej dziurze o nazwie Tobelo chodźby nie wiem co” daliśmy się namowić na drogiego (30zl = 100.000 rupii) Speed Boat’a… (i tak zapłaciliśmy mniej niż ostatni zwerbowani lokalsi.)

Po godzine czekania, aż się wszyscy zborą, wsiedliśmy na łodkę ok 17:30 wraz z panią z maluszkiem, dziewczynką ze szpitala z welfronem w ręku, wątłą jak ta lala i jej wątłym mężem, dwoma dzaduńciami i trzema innymi panami. Plecaki do środka – uffffff ale jeseśmy extra, że teraz się nie będziemy martwić, przehytrzyliśmy ich i plecaki mamy na oku. Pan kapitan rosły Indonez z fajką w zębach, jedną od drugiej odpalaną, zasiadł za sterami, ja obok kapitana, Tomasz tuż za mną. Aparaty, fotki, uśmiechy – extra fajnie…. wypłyneliśmy z zatoki, a tu fale zaczynają się jakieś duże, wiatr wieje…. popatrzylismy na siebie… ja se myśle ok… lokalesi są spokojni luzik zawsze tak tu maja…. przeplyneliśmy poł godziny dłużej, łódką targa coraz mocnie, lokalesi są niespokojni, więc i ja się robię niespokojna, ale przecież jestem nie lada pancioszką, więc tylko pytam T. gdzie nasz oceanpack ? o tu, dobra zarządzam wrzucenie aparatow i nerek z dokumentami do naszego wodoodpornego pack’a i T. go na siebie zaklada… Woda przez male okienko się wdziera, pasażerowie w stresie, ja mokra, plecaki mokre (przypominam, że siedzimy w zamkniętym speed boat’cie z małym okienkiem… Myśle sobie ok… to, że się przewrócimy na tych falach jest nieuniknione… nie wiem kiedy to się wydarzy, ale się wydarzy, więc w międzczasie sobie plan obmyśle – „trzeba by się najpierw wydostac jak już się przewrócimy. Sprzęt i dokumenty zabezpieczone, my pływać umiemy (ja chyba lepiej niż T.) więc trzeba sie wydostać, potem tego dzieciaka ratować i tych wątłych. Faceci lokalni sobie poradzą… hmm –  jak się wchodzi na łodkę przewróconą ???!!!!! kamizelek nie ma, bo jesteśmy w Indonezji (nie mylić z Bali, tam kamizelki na pewno są)…” Patrze ma T. on się uśmiecha, a w jego głowie, jak się potem okazalo, myśli sobie tak: „ok… jak się wywalimy, bo się wywalimy na pewno, to najpierw wywale to okno, potem ogarnąć Dagmaritę, bo ona pływa, ale ja na pewno lepiej od niej pływam. Potem ten dzieciak, kurde jeszcze Ci wątli…. może Ci kolesie obok umieją pływać to się wątłymi zająm i mamą tego dzieciaka… ja biorę dzieciaka i Dagmaritę, oni muszę się innymi zając… plan obczajony”…

Ternate

NASI PRZYJACIELE, KTÓRYCH PLANOWALIŚMY RATOWAĆ

Po 2 godzinach tej rozkminki dotarliśmy do celu, ale wszyscy powiedzieli na przystani, że to nie byly warunki pogodowe na tę podróż i ona wogóle nie powinna była się odbyć… Nie muszę mowić, że przez dwa miesiące nie wsiadalam do motorowek… z tej wyspy odjechaliśmy dużym promem (mimio, że co dwa-trzy miesiące takie promy toną, ale chociaż mają na pokładzie kamizelki – to też obczailiśmy w międzyczasie – nie dla wszystkich pasażerów rzecz jasna starcza takiego ekwipunku).

Na Moroatai byliśmy jedynymi „Bule” (od nazwy w bahasa indonesia ludzi z Niderlandów, co z czasem przyjeło się jako „białas”) od dwóch tygodni. Wcześniej byli dwaj Niemcy, co to rozkochali w sobie rodzinę niejakiego chłopca z informacji turystycznej, którego za naszej wizyty bolał brzuch na wciąż i twierdził, że nie możemy jeść „Bakso” (pyszna zupa rosolkowa z kulkami mięsnymi), bo to chyba dla biedoty, a my przecież właśnie biedota, bo staramy się, żeby wszystkiego na jak najdłużej starczyło, bo przecież bieltu do domu nie mamy i nie chcemy wracać póki śniegi się nie roztopią (co nam się udało, mimio że zima tego roku odejść nie chciała).

Morotai Island MOROTAI

Po negocjacjach kasowych udało nam się dogadać i zapoznać z rodziną Man’a (przystojny indonezyjczyk + żonka + noworodek o imieniu Bardan i jedna z córek – Isa + paru kuzynow) to oni przewieźli nas na wyspę Galo – Galo Kecli, po drodze pokazując nam dokładnie miejsce z fotografii z przewodnika, od którego wszystko się zaczęło. Miejscem tym okazała się być mierzeja między wysepkami Dodola Kecil i Dodola Besar, która łączy je, tworząc w godzinach odpływu, przejście.

Galo – Galo Kecil (czyli „mała”, bo jest też duża, na którą Man zabrał nas by pokazać grób taty, przedstawić rodzicom i by młode matki porobiły sobie zdjęcia, jak trzymam ich dzieci na rękach), jest niezamieszkała. Rząd ustawił dwa bungalowy i Man z rodzinką opiekuje się nimi przyjmując gości – jak się okazało byliśmy trzecimi mieszkańcami domków, świetnie wyposażonych w ratanowe meble, komary i bedbugs’y…

Pisasek, jest na Galo -Galo jak pyłek drobny i chodzi się, jak po śniegu… nadziwić się nie mogliśmy, że tam dotarliśmy, i że to tylko dla nas.

Galo-Galo Island

MAN I JEGO CÓRKA ISA

Pływaliśmy więc na klapku (moim prezencie od świętego Mikołaja), obeszliśmy wyspę milion razy, znaleźliśmy największe muszle ever, łowiliśmy z Man’em ryby i potem je przyżądzaliśmy i jedliśmy najbardziej kolorowe piękne okazy oraz drogie snapery i nauczyliśmy się wielu słów po Indonezyjsku.

Galo-galo island on Maluku ;)

WODY DOOKOŁA WYSPY GALO- GALO KECIL

Okazało się, że nasi gospodarze nie mówią po angielsku ani słowa, ale mają nieodpartą chęć gawędzić z nami wieczorami. Uzbrojeni więc w słownik w telefonie, plus taki papierowy, rozszyfrowywaliśmy, o co nam na wzajem chodzi i pod koniec wyjazdu umieliśmy się nieźle porozumieć… strasznie dużo satysfakcji mieliśmy zwłaszcza, że czasem próbowaliśmy o polityce nawet mówić, ale nie oszukujmy się nic z tego nie wyszło…. Ja za to władam świetnie słowkami określającymi kolory, dni tygodnia, jedzenie i liczby… co przy targowaniu w dalszej podróży okazalo się genialną umiejętnością. Poza tym polubiliśmy sie z tą rodziną do tego stopnia, że wydrukowali sobie nasze wspólne zdjęcie i obiecali, że zawiśniemy u nich w domu :) Ktoś teraz musi tam pojechać to sprawdzić, więc chętnie kogoś tam wyślemy, jeżeli macie ochotę pochodzić po piasko-śniegu :)

Galo-Galo Island

GALO – GALO RELAX

Raj ma swoją cenę… mimio repelantu z Dit 100, zostaliśmy pogryzieni tak bardzo, że cale plecy mieliśmy w krpokach… zgoniliśmy to na sandfly’ie, ale gdzie sie nie przenieśliśmy to moje nogi były ciągle w nowych kropeczkach… Jak już przejechaliśmy resztę Indonezji, Filipiny, a w Malezji ja nadal mialam codziennie nowe ugryzienia, to wzieliśmy się za szukanie z naszym przyjacielem „Google”… co to kurde jest za gryzoń. No i wyczytaliśmy, że w tych ratanach to żyły sobie spragnione naszej krwi Łóżkowe Robaczki… co to śpią w dzień i wychodzą w nocy, żeby Cię zjeść… a do tego pakują się w plecak i podróżują z Tobą… nasze podróżowały jakieś dwa miesiące, kiedy to postanowiliśmy za radą od wujka „Google” ugotować je raz na zawsze… bo fajnie fajnie, ale jak kiedyś wrócimy do domu i jak sobie przywieziemy takie robaczki to nie pozbędziemy się ich już nigdy z naszego życia… Okazja się ku temu znalazła, bo nasz domek na wyspie Tioman w Malezji miał dach z blachy i cały dzień nagrzewał się jak piekarnik. Usuneliśmy wszystko z plecaków, wytrzęśliśmy, przewertowaliśmy każdą książkę, koszulkę, sukieneczkę, a pusty plecak jeszcze wystawiiśmy na słońce na godzin 7 ! Sami ruszyliśmy po Rum , bo ta wyspa była bezcłówką, więc nasze robaczki spłonęły żywcem. Rzeczywiście nigdy więcej ich nie widzieliśmy, ani nie byliśmy już pogryzieni. Widzieliśmy za to ludzi, którzy w Kambodży wmawiali sobie na wazjem, że są pogryzieni przez komary, albo meszki… ale to byly Bed Bugs.

Zatem żeby w raju pobyć trzeba się poświęcić. Zjechać ze szlaku, pogadać z ludzmi, którzy Cię nie rozumieją, prawie zaliczyć wypadek na łódce (nie liczcie że szybko by nas ktoś uratował. W Indonezji nie ma radia na pokładzie i radzisz sobie sam… jeszcze ratując tych loaklesów, co to przecież pływać nie potrafią), zjadają Cię jakieś robale, wszystko jest dorższe, bo jesteś biały (aczkolwiek trzeba zrozumieć, jednocześnie walcząc o swoje), na promie jest się odmieńcem… Ale ile radości z faktu, że jak już wszystkie przewodniki i portale napiszą, że odkryli to miejsce, to my bedziemy wiedzieć, że byliśmy tam dużo wcześniej i jak wrócimy za 10 lat to będziemy widzieć wszystkie zmiany „na lepsze” i „gorsze”

Galo-Galo Island

KUMPEL MAN’A Z ŻONKĄ

 

Tagged , , , , , , , , ,

Satu… Dua… Tiga… EKI guru saya ;)

image-2

Wczoraj zaczełam kurs Bahasa Indonesia :))))))

Nadal nie mogę w to uwierzyć, bo dopisali mnie do zamkniętej grupy, po szeregu błagalnych maili i od razu tego samego dnia poszłam na pierwsze zajęcia. Jestem zatem uczennicą Ambasady, ktora jest parę ulic od mojego domu.
Wczoraj były to dla mnie pierwsze zajęcia, ale dla grupy drugie, więc trochę miałam stresa, że się nie połapię, ale okazało się, że całkiem dużo pamiętam z ostatniej podróży. Liczby i parę zwrotów grzecznościowych nadal nie stanowią dla mnie problemów :)

Mój nauczyciel nazywa się EKI i prowadzi zajęcia w batikowej koszuli. Jest uroczym panem Indonezyjczykiem :)

Jestem tak przejęta tym, że się udało, a jeszcze perspektywa, że w grudniu będe w Indonezji po raz kolejny sprawia, że jestem w takiej ekscytacji, że HEY :)

JALAN LUPA = NIE ZAPOMNIJ :)

image-7

Tagged , , , ,

Pulau Pangempang

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Sulawesi Tengah czyli Sulawesi Centralne, a tak naprawde Togian Islands :)
Wszyscy znają to miejsce jako Tomken Island, a resort tam przyjmujący gości to Fadhila Resosrt.

Togeans

Ten Pan w okularach to właściciel/menager miejsca… jest cudownym gościem, który mial kilka lat temu szczęście pozanć dwóch Duńczykow Kennetha i Toma, ktorzy stali się cichymi właścicielami tej wyspy.
Przyjeżdżali tak często w rejony Katupat, w czasach kiedy tylko najwytrwalsi podróżnicy docierali na Togeany, że zaprzyjaźnili się z rodzinami w Katupat, a przede wszystkim z rodziną Jaffy (chyba tak miał na imię, ja go tak w każdym razie myślach nazywam).

Togeans

Nie znam historii Toma (aczkolwiek był chwile z nami na wyspie), ale Kenneth spędził z nami całe 5 dni i sporo fajnych ciekawostek nam opowiedział.

Otóż Panowie zakochali się w Togeanach i postanowili kupić zadżungloną wyspę na przeciwko Katupat… A wlaściwie nie mogli jej kupić, bo byli obcokrajowcami, dlatego kupili ją Jaffie i jego rodzinie, a sami stali się stalymi bywalcami wyspy.

Początki byly trudne i żmudne, ponieważ cala wyspa pokryta była dżunglą, a dookola były namorzyny…

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Wycinanie i karczowanie trwało wiele czasu, ale w końcu powstał Fadhila resosrt.
Pare domków na zielonej trawce, a tuż obok biały pisek i bezkresny ocean.

Pożegnanie z Togeanami

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Tom i Kenneth przyjeżdżają na zimę, kiedy nie ma sezonu na tak długo, jak tylko chcą. Stali się dobrymi orędownikami, trochę sponsorami, a przede wszystkim wychowawcami dla wszystkich pracujących w resorcie ludzi.

Dbają o to, żeby resort rozwijał się, a personel edukował oraz żeby do wyspy docierały różne fajne nowinki. Sam Kenneth nauczyl się indonezyjskiego. W każdy wieczór gra z chłopakami, po ich pracy w różne karciane gry i wciąga do tego gości. Jest super atmosfera. A przy tym wszystkim nigdy nie wtrąca się do samego prowadzenia resostu. Szefem jest Jaffa i on ustanawia zasady i warunki. Nigdy nie podważa jego zdania.

Togeans

Nie mam żadnego zdjęcia Kennetha, ale musicie sobie wyobrazić bogatego Duńczyka, z dystansem do życia, troche frywolnego, ktory nie przebiera w słowach i żartach. Nie pobłaża i nie mówi komplementów gościom.
Po prostu czuje się na wyspie jak u siebie w domu, ale nikomu się nie narzuca.

California Reef; Togeany

Ja trafilam tam, jak zwykle, przez dobry zbieg okoliczności. Prom nie przypłynął i akurat łódka z Jaffa i Elim (naszym kumplem z poprzedniej wyspy, loklsem, ktory się urodził na wyspach i ma swoją łódkę) ładowała się i przygotowywała do odpłynięcia z Wakai (wioski, ktora jest skrzyżowaniem wszystkich dróg morskich na Togeanach). Pogadaliśmy i zabrali nas ze sobą.

Eli i jego łódka
Togeans

Układ był prosty… jak zostaniemy na Tomken to nie płacimy za tę przejażdżkę, jak popłyniemy dalej to płacimy… i tak los zadecydował za nas… I bardzo dobrze zadecydował :)

Spędziłam tam 5 cudownych dni. Pyszne jedzenie przy jednym stole ze wszystkimi gośćmi. Poznaliśmy wyjątkowe osoby, które miały tyle fajnych rzeczy do opowiedzenia.

Pożegnanie z Togeanami

Słowenka Rani z synem Noa
Pożegnanie z Togeanami

Odbyliśmy najlepszą wycieczkę snorkową na rafę zwaną „Hotel California”

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Fadhila; Tomken Island; Togeany

Odwiedziliśmy zarowno wioskę Katupat

Togeans

Togeans

Togeans

Togeans

Jak i pobliską wysepkę Bolilanga Island, na ktorej też znajduje się, podobny do Fadhila, resort.
Zaliczyliśmy tam piękny zachod słońca

Togeans

California Reef; Togeany

California Reef; Togeany

Już nie mowie o tym, że nie ma tam ciągłego dostępu do prądu (tylko kilka godzin wieczorami) ale najważniejsze, że nie ma dostępu do Internetu, ani do zasęgu telefonicznego, co oznacza, że można się całkowicie odłączyć od rzeczywistości.

Wyspa wcale mała nie jest. Mieliśmy ochotę wybrać się na trekking, bo nas lokalesi zachęcali i zobaczyć drugą stronę i plaże po niezamieszkałej stronie… ale po 50 metrach przeleciał nam przed nogami wielki jaszczur, a potem nie mogliśmy znaleść żadnej ścieżki, bo zarasta strasznie szybko, a trafiku wcale nie ma za bardzo, więc zawróciliśmy i plan nie został zrealizowany… Jest zatem najważniejszy powód do powrotu :)

Żeby nie było nudno oddaliśmy się gapieniu na lion fishe, ktore podpływały pod pomost, żeby atakować kraby

Togeans

Noa (mały Sloweniec) zawsze siedział z nami na pomoście i łowił kalmary i ośmiornice, a potem jedliśmy je na kolację

Togeans

Smutno było się rozstawać z Tomken Island, a jeszcze gorzej wogóle z Togeanami… Były uściski i pożegnania…

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

Pożegnanie z Togeanami

JEDNO JEST PEWNE !!!! TRZEBA TAM WROCIĆ

Tagged , , , , , , , , , , , ,